Wychodząc ze Spodka trzynastego czerwca kilka tygodni temu, wiedziałem, że Katowice nie były moim ostatnim spotkaniem z Judas Priest w tym roku. Bogowie Metalu dali wtedy niezwykle dobry i energiczny koncert, którym byłem absolutnie zachwycony. Jako że w moim przypadku wypad do Kostrzyna na PolAndRock nie wchodzi w grę, zdecydowałem się na małą pielgrzymkę do Budapesztu, by zobaczyć Halforda i spółkę na ziemiach węgierskich dwudziestego czwartego lipca. Nigdy wcześniej nie uczestniczyłem w koncercie poza granicami Polski, więc była to dla mnie jeszcze ciekawsza opcja.

W dniu koncertu, kilka minut po 18:30, wbiegłem do strefy „front of stage“ (ichniejsze GC), by umiejscowić się na barierce pod Robem Halfordem. Nie było z tym najmniejszego problemu. Na dobrą sprawę można było przyjść nawet godzinę przed chwilą otwarcia bramek i mieć znakomite miejsca bez kombinowania i przepychania się. Takowego zresztą nie uświadczyłem przez cały koncert, to po prostu inna mentalność… Ale o tym później.

O 20:00 na scenie pojawił się jedyny support – węgierska kapela Ørdøg. Nie słuchałem jej przed koncertem i nie wiedziałem, czego się spodziewać. Jak się okazało, kwintet grał melodyjne hard n’ heavy. Szczerze mówiąc, źle nie było. Oczywiście żadni z nich wirtuozi, ale zespół nie irytował mnie, chociaż nie miałem wtedy ochoty na słuchanie żadnych kapel tego typu. Zagrali około 9 utworów, z czego każdy z nich miał tekst w ich ojczystym języku. Nie przytoczę nawet tytułów, bo moja znajomość węgierskiego jest żadna, ale bycie na koncercie, z którego nie rozumie się ani słowa, to dość ciekawe doświadczenie. Ørdøg grał około 40 minut – w sam raz, jak na taki support.
Niestety, mam jedno „ale“ do tej sytuacji: za tyle pieniędzy, ludzie powinni dostać możliwość oglądania jakiegoś większego i bardziej uznanego zespołu. Obecnie przed Priest grywa Megadeth, Accept, Saxon, Uriah Heep. To bardzo duże nazwy. Węgrzy byli naprawdę zdenerwowani faktem, iż Live Nation nie postarało się ściągnąć na support Bogów Metalu któregoś z powyższych zespołów. Przeliczając na złote, mniej zapłaciłem za bilet early entrance na zestaw Judas Priest + Rudy…

Ørdøg zwijał się ze sceny w tym samym czasie, w którym techniczni gwiazdy wieczoru przygotowywali scenę dla Brytyjczyków. Wszystko to przebiegało bardzo sprawnie i już po chwili fani zgromadzeni w Papp László Sportaréna mogli oglądać wielką kurtynę z charakterystycznymi widłami – symbolem Priest. Słychać i widać było, jak testowany jest sprzęt muzyków i efekty świetlne. Oczekiwanie zlatywało nam na słuchaniu muzyki różnych kapel, aż w końcu z głośników wybrzmiało „War Pigs“ Black Sabbath i wszystko było już jasne.

Światła zgasły i z taśmy poleciało trasowe intro, jakim jest przearanżowana część instrumentalna tytułowego numeru z ostatniej płyty Judas Priest. W końcu ucichło, Scott Travis uderzył kilka razy w talerze, kurtyna opadła, a na scenie ukazali się Obrońcy Wiary.
Zaczęli zwyczajnie, od „Firepower“. Rob Halford i reszta prezentowali się bardzo profesjonalnie, czerwone światła i obecna scenografia powodują, że start koncertu zawsze wygląda niesamowicie. „Firepower“ jako otwieracz sprawdza się bardzo dobrze – to krótki, ale i energiczny numer, który idealnie zapowiada, co czeka fanów w późniejszej części koncertu.
Zaraz po otwieraczu poleciał „Grinder“ z „British Steel“. Cóż, nie jestem fanem tego kawałka i uważam, że średnio pasuje na drugie miejsce w secie, ale nie ma czasu wybrzydzać. Rob i Richie Faulkner od razu zachęcają do śpiewania, z dobrym skutkiem. Widać było, że ludziom spodobało się włączenie tej kompozycji do tegorocznej setlisty.

Hello everybody, the Priest is back!“ – ogłosił ze sceny Halford, co naturalnie spotkało się z wielkim aplauzem publiczności. I już po kilkunastu sekundach w arenie rozległy się dźwięki starutkiego „Sinner“. Ta kompozycja to prawdziwa petarda. W niej wszystko jest idealne, szczególnie z dzisiejszym brzmieniem. Richie Faulkner udowadnia tu, jak świetnie zastępuje K.K. Downinga i nieco bawi się w showmana, co chętnie wykorzystują fotografowie. „Sinner“ jest też dużym wyzwaniem dla samego Halforda. To jednak trudny wokalnie numer, do tego nieco zapomniany przez zespół (w latach 80 grano go prawie zawsze, potem przestano do 2008 roku i dopiero w 2018 znów zaczęto prezentować go fanom na koncertach). Nie ma jednak co narzekać, Rob świetnie się w nim odnajduje i mam szczerą nadzieję, że w 2019 roku też znajdzie się dla niego miejsce w setliście. „Sinner“ zrobił na mnie ogromne wrażenie w Katowicach, w Budapeszcie nie było inaczej. Zresztą nie tylko na mnie, owacje były ogromne.

Scena opustoszała, na swoim miejscu został jedynie Scott Travis, który zachęcał ludzi do klaskania w nadany przez niego rytm. Naszym oczom ponownie ukazuje się zestaw Faulkner, Sneap i Hill i lecimy z „The Ripper“. Kolejna chwila zachwytu, z dwóch powodów. Po pierwsze, ta kompozycja jest jedną z najlepszych z wczesnego okresu Priest. Po drugie, zespół zagrał ją na bardzo dobrym poziomie. Oczywiście nie było tak, jak na „Unleashed In The East“, ale trudno było się nie cieszyć z tego, co działo się na scenie. Osobiście bardzo miło było mi, gdy Rob zwrócił uwagę na zrobioną przeze mnie flagę „No Surrender Glenn“ i wyraził swoją aprobatę. Chyba każdy fan zespołu żałuje tego, że Tipton nie może brać udziału w trasie, ale zależy mi na tym, by wiedział o wsparciu, które ma w oddanych słuchaczach.

Skończył się „The Ripper“ i praktycznie od razu zaczęto grać nowy przebój, „Lightning Strike“. Podobnie jak polscy, węgierscy fani odebrali go zadziwiająco dobrze. Czułem się jak na koncercie z serii „the best of“, bo nowe kawałki traktowano tak samo, jak klasyki. Świadczy to tylko o tym, że „Firepower“ podbiło serca bardzo wielu fanów. Tym bardziej szkoda, że Judasi tak zaniedbują ten materiał, bo mogą grać z niego więcej, a tego nie robią. Wolą skupiać się na starociach, a takim jest „Bloodstone“, który zagrano zaraz po nowym singlu. Mocny strzał, godnie reprezentujący „Screaming For Vengeance“. To również jeden z tych numerów, które wprowadziły mnie w świat Judas Priest, ale i w cały świat muzyki metalowej. Ale prawdziwa perełka czaiła się tuż za rogiem, a było nią…”Saints In Hell“. Co tu dużo mówić, na początku trasy trudno było uwierzyć w to, że Priest zdecydowało się grać ten utwór. Kompozycję, której unikali przez 40 lat kariery, a jednak odważyli się na wyciągnięcie go z odmętów dyskografii. I bardzo dobrze, bo na żywo robi piorunujące wrażenie, którego nie mogą popsuć nawet tandetne animacje na ekranie w tle. Co tu wyprawia Halford, to się w głowie nie mieści…Czekam na live album z trasy, bo wolę te współczesne wersje od studyjnej.

Zespół zdaje sobie sprawę z tego, że zbyt wiele rzadkich numerów wprowadziłoby publikę w małe zmieszanie, więc sięgnął po sprawdzony hit, czyli słynny „Turbo Lover“. Nie mam żadnego zastrzeżenia do tego, jak go wykonano, ale z „Turbo“ chętniej usłyszałbym genialne „Out In The Cold“. Cóż, może następnym razem. I tak obecna setlista obfituje w bardzo dużo perełek wyciągniętych dla fanów osłuchanych w twórczości Judas Priest, któreś z „evergreenów“ przecież też muszą być.

Po zagraniu tego przedstawiciela kontrowersyjnej płyty z 1986 roku, rozpocząć się miała najlepsza część koncertu. Z głośników wybrzmiało „Prelude“ i Bogowie Metalu zagrali „Tyrant“. Po 37 latach absencji w secie, kawałek ten stał się stałym punktem koncertów. To w tym numerze należy szukać wczesnych inspiracji ruchu NWOBHM. Znakomity wybór na pobudzenie fanów. Nie bez powodu dawniej wykonywano go bardzo często, choć przyznam, że w Katowicach zrobił na mnie nieco większe wrażenie. Czego nie mogę powiedzieć o „Night Comes Down„. To jest magia, jakiś stan nirvany i spełnienia. Scena skąpana w dymie i zespół grający ten spokojny, ale wbijający się w duszę utwór. Ciary! Ale na łzy nie ma czasu, bo zaraz potem startujemy z kolejnym numerem z „Defenders Of The Faith“, rozpędzonym koncertowym killerem, czyli „Freewheel Burning“. Niebywała klasa kompozycyjna, jak i wykonawcza. Halford zaśpiewał go po prostu kapitalnie, nawet lepiej niż w Polsce podczas czerwcowego koncertu. Był ogień, bez dwóch zdań. O nieszczęsnej wersji z 2009 roku można zapomnieć, obecnie Judasi grają go z należytym honorem.

Po odkurzonych rarytasach, przyszedł czas na nowy utwór, jakim było „Rising From Ruins“. Bardzo mocny punkt koncertu, numer świetny do grupowego śpiewania. Jak się okazało, węgierskich fanów nie trzeba było do tego zachęcać. Świetnie bawili się przy tym utworze. Niestety nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego Priest puszczają tak tandetne animacje podczas niektórych utworów. Podczas „Rising From Ruins“ oglądać można było Titanicusa (stwora z okładki ostatniej płyty), który lata i strzela ze swoich dział. Co autor miał na myśli? Nie mam bladego pojęcia, to w żaden sposób nie pasuje do charakteru utworu.

No i nadszedł czas na mój ulubiony numer Judasów, mój hymn i kawałek, który chyba nigdy mi się nie znudzi – „You’ve Got Another Thing Comin‚“. Poprzedzała go krótka melodia gitarowa zagrana przez Rycha i nawoływanie Roba do śpiewania „oh yeah“, czyli standardowo. Wykonawczo oczywiście na bardzo wysokim poziomie. Nie jest to żaden bardzo trudny numer, ale świetnie sprawdza się na koncertach i zawsze robi na mnie wrażenie, chociaż znam już chyba jego każdą możliwą wersję. Niestety, na tej trasie Priest zrezygnowało ze świetnej wersji znanej z poprzednich dwóch tras (z rozbudowaną solówką Faulknera i nawoływaniem „gimme x more!“), ale i tak było świetnie.

Zespół schodzi ze sceny, a po chwili słychać charakterystyczny silnik Harleya Davidsona. Halford tradycyjnie wyjeżdża nim na środek sceny, a fani już doskonale wiedzą, że teraz wybrzmieć musi „Hell Bent For Leather“. To jeden z tych przełomowych utworów, bez których Judas Priest byłoby zupełnie innym zespołem niż jest teraz. I chociaż dziwnie słucha się tej szczególnej solówki Glenna odgrywanej przez Andy’ego Sneapa (który swoją robotę wykonuje bez zarzutów), nie zmieniło się jedno: refren wciąż wykrzykuje się wspaniale. Zresztą nie tylko jego. Ciekawi mnie, czy Madziary wzięły mnie za jakiegoś pomyleńca przez to, że śpiewałem prawie każdy wers każdego utworu, bo oni sami się ku temu nie kwapili. Miło jednak było, że zauważył to Richie, któremu się to spodobało. Zreszą ogólnie miałem dobry kontakt z większością zespołu przez cały koncert. Lubię, gdy muzycy nie stoją na scenie jak słupy soli, tylko decydują się na jakąś interakcję z fanami. To podkreśla, że uczestniczę w czymś rzeczywistym i nie w pełni wyreżyserowanym.

Ze sceny usunęli się wszyscy, z wyjątkiem Scotta Travisa. „We’ve got time for one more song, what you wanna hear?“ – zapytał, a odpowiedź tłumu była oczywista: „Painkiller!“. Przynam się, że nie czekałem na ten numer. Studyjnie to Himalaje całej muzyki metalowej, ale na żywo wypada dużo słabiej. Nie ma się co oszukiwać, tak trudnych partii wokalnych nie odtworzy na żywo prawie nikt. Ale w Budapeszcie z wokalem było zadziwiająco dobrze. Halford naprawdę się starał i efekt ostateczny był zaskakująco dobry. Spośród wszystkich wersji koncertowych tego numeru, jakie słyszałem na żywo, to było najlepsze. Fani chyba przez pół minuty bili brawa, by pokazać swoje uznanie dla tego, co i jak wydarł z siebie Rob. Jak wszyscy wiemy, „Painkiller“ jest tak dobry w dużej części przez solo Glenna. Na tej trasie gra je Faulkner i przykłada się do swojej roboty, ale należy zadać sobie pytanie: czy naprawdę powinni grać ten numer w tym składzie? W końcu najprawdopodobniej przez nieobecność Glenna z setu wyleciało „Beyond The Realms Of Death“.

 

Painkiller“ kończył podstawową część koncertu, na zaplanowane bisy nie czekaliśmy prawie w ogóle. Praktycznie od razu na ekranie pojawiło się logo Judas Priest i zespół wrócił z hymnem „Metal Gods“. Niestety, tym razem bez Glenna Tiptona. Chóralne śpiewy fanów są obowiązkowe w tym kawałku i trudno sobie wyobrazić koncert Judasów bez niego. Dwa kolejne numery też pochodziły z „British Steel“. Pierwszym z nich było obowiązkowe „Breaking The Law“, które jak zwykle prowokuje ludzi do zdzierania gardeł. Z perspektywy fana zaznajomionego z całą dyskografią zespołu, numer ten nie jest czymś wybitnym, ale czułbym się nieswojo, gdyby zespół go pominął. Na koniec Bogowie Metalu zagrali radosne „Living After Midnight“, przy którym bawił się chyba każdy obecny w arenie. I to już był faktyczny koniec. Na ekranie pojawił się napis „The Priest will be back“, a sam zespół podziękował fanom za koncert, porozdawał pamiątki (szczęśliwie trafiła mi się kostka Iana Hilla) i ostatecznie się ukłonił. Schodzili ze sceny przy „We Are The Champions“ wiadomego zespołu i mieli do tego pełne prawo. Byli zwycięzcami tamtego wieczoru.

Jeszcze słów kilka na tematy poboczne… Był to mój pierwszy koncert zagranicą i jestem pod wielkim wrażeniem tamtejszej kultury koncertowej. Katowicki koncert to była zbieranina śmierdzącego, bezmózgiego bydła. W Budapeszcie bawiłem się doskonale. Pomachało się głową, trochę poskakało, poklaskało, pośpiewało. Nikt nie surfował podczas „Night Comes Down“ (w Polsce niestety paru debili się znalazło), nikt nie napierał bezmyślnie na barierki. Nie mam pojęcia, dlaczego w naszym kraju musi być jak w lesie. I nie, nie kupuję tłumaczenia „trzeba się bawić, a stać spokojnie to w operze“. W Budapeszcie była zarówno zabawa, jak i kultura. Po tym jest mi tak po ludzku przykro, że idąc na jakikolwiek większy koncert heavymetalowy, muszę liczyć się z tym, że wiele osób to będzie zwykłe bydło, nie fani.

Ostatni akapit poświęcić muszę Robowi Halfordowi. Jest to dla mnie człowiek-fenomen. O tym, że kiedyś swoim głosem wprost zabijał, wie każdy. Niestety jakoś z początkiem nowego tysiąclecia, jego głos stał się dużo gorszy, a w 2008 roku było bardzo źle. Wtedy można było go skreślić, bo słuchanie nagrań z tamtego roku bywa dla fana Priest po prostu bolesne. Ale jak się okazało, Bóg Metalu wziął się za siebie i niczym już nie przypomina tamtego wokalisty sprzed 10 lat. Już na trasie promującej „Redeemer Of Souls“ było bardzo dobrze, obecnie jest wprost znakomicie. Myślę, że Rob śpiewa najlepiej od czasów pierwszej płyty wydanej pod swoim nazwiskiem, a to już 18 lat.
Moje powyższe słowa powinny być wystarczającą rekomendacją dla osób mających szansę iść na Judas Priest. Za kilka dni Bogowie Metalu ponownie odwiedzą nasz kwitnący cebulą kraj, by zagrać na festiwalu PolAndRock. Jeśli ktoś ma okazję jechać i ich zobaczyć, ale się waha, niech pakuje plecak i rusza w drogę. Dla Priest warto wybrać się nawet na ten spęd, bo załoga Halforda nie zawodzi.

Relacjonował z Budapesztu: The Sinner

1 Comment Brytyjska Stal w Budapeszcie – relacja z koncertu Judas Priest [24.07.2018]

  1. Irena

    Po raz pierwszy na węgierskim festiwalu muzycznym byłam w 1999 roku. Było to Polesie Siget. Udało mi się uczestniczyć kilkukrotnie w koncertach sceny metalowej i rzeczywiście klimat jest zupełnie inny niż na naszym podwórku. Doskonale pamiętam panującą atmosferę przepełnioną pozytywną energią brak jakichkolwiek przepychanek. Język węgierski zrobił wtedy na mnie duże wrażenie ponieważ, normalni brzmi on dziwnie a co dopiero w utworze metalowym. Byłam pozytywnie zaskoczona.

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *