Tłukę ten album od ponad miesiąca, za parę tygodni premiera, a ja znam go już na tyle dobrze, że zaczynam podśpiewywać niektóre kawałki. Wygląda więc na to, że skończyły się argumenty za odwlekaniem tej recenzji i czas wziąć się do roboty.

Mało który zespół zdobył metalowe podziemie takim szturmem i na tak wczesnym etapie twórczości jak szwajcarski Bölzer. Wystarczyłoby przypomnieć, że kapela bez pełnej płyty na koncie pojechała w trasę z Behemothem. Umówmy się – można się kłócić o poziom artystyczny, szczerość czy „prawdziwość” dokonań ekipy Nergala, ale jego popularność jest niekwestionowana. Jednak na radarze czujniejszych słuchaczy duet pojawił się parę lat wcześniej, bo o ile można było przegapić demówkę „Roman Acupuncture”, tak pierwsze EP zespołu, czyli wydana w 2013 „Aura”, była chwalona jak internet długi i szeroki jako najlepsza rzecz od czasu krojonego chleba. I nic dziwnego, bo oto właściwie raczkująca ekipa zaprezentowała nie tylko świetną rękę do zapadających w pamięć riffów, ale też, a może przede wszystkim, już wtedy swój własny, rozpoznawalny styl. Rok później przyszedł czas na kolejny minialbum, „Soma”, przy którym pojawiło się trochę więcej mieszanych opinii, między innymi te zarzucające Szwajcarom powtarzalność. Poważny zarzut w odniesieniu do kapeli z (wówczas) ośmioma utworami na koncie, nieprawdaż? Tutaj wypada zaznaczyć, że mi po początkowym okresie potrzebnym na przyswojenie materiału twórczość tego zespołu weszła całościowo, piszę więc z perspektywy fanki, która czekała na pierwszego pełniaka jak na powtórne przyjście Pana Jezusa. No, ale starczy tego rysu historycznego dla niezorientowanych w temacie. Jak to właściwie jest z tym nowym Bölzerem?

bolzer-hero-promo-shot

Ano jest bardzo dobrze, przynajmniej dla mnie. Po wypuszczeniu „I AM III” spędziłam cały wieczór na soundcloudzie Iron Bonehead, więc oczekiwanie narastało jeszcze bardziej, aż wreszcie znalazłam czas, żeby usiąść do przesłuchania całości. Jak można było usłyszeć już przy premierze pierwszego singla, panowie zdecydowali się na delikatną woltę stylistyczną, wprowadzając do swojej muzyki sporo przestrzeni i klimatu. Czyste wokale wzbudziły u niejednego skojarzenia z twórczością Amerykanów z… Mastodon, a ja muszę przyznać, że to porównanie nie jest znowu aż tak nietrafione. Niemniej, w dalszym ciągu słychać tu sznyt charakterystyczny dla twórczości Szwajcarów – tego zespołu nie da się pomylić z żadnym innym. Z pewnością te zmiany odrzucą niejednego maniaka, szczególnie z tej grupy, która uparcie powtarza, że ta kapela znajduje się na równi pochyłej już od czasów „Roman Acupuncture”. Fakt, że mniej tu znanej z tego materiału wściekłości i szaleństwa, w zamian za to dostajemy jednak bardziej rozbudowane kompozycje z większą ilością powietrza, nierzadko nieprzyzwoicie chwytliwe – sami spróbujcie nie podśpiewywać „refrenu” z utworu tytułowego! Ale aby nie stworzyć wrażenia, iż powstał tu jakiś black/deathowy „The Hunter”, wystarczy wspomnieć kolejny kawałek, „Phosphor”, w którym jakoś od połowy słychać całkiem sporo tego „starego” Bölzera. To, co w tym numerze wyczynia KzR vel Okoi Jones na swojej dziesięciostrunowej gitarze robi mi wyjątkowo dobrze (rzecz jasna, nie ma tu mowy o żadnej technicznej masturbacji), a wokalnie udzielający się tutaj Sturla ze Svartidaudi proponuje wyjątkowo dziką interpretację napisanego w języku islandzkim tekstu.

[soundcloud url=”https://api.soundcloud.com/tracks/282439470″ params=”auto_play=false&hide_related=false&show_comments=true&show_user=true&show_reposts=false&visual=true” width=”100%” height=”450″ iframe=”true” /]

Następnie mamy znany już wszystkim „I AM III”, niemal dziesięciominutowy i jednocześnie najdłuższy utwór z całego albumu, co czyni go niekonwencjonalnym i dosyć odważnym wyborem na singiel, w czasach, w których umiejętność skupienia uwagi na dłużej niż trzy minuty wydaje się zanikającym talentem. Bez obaw jednak, nie będziecie patrzeć na zegarek, a wręcz przy zastosowaniu praktycznym na przystankach komunikacji miejskiej może się okazać, że autobus przyjedzie szybciej, niż się go spodziewaliście. Nie pasuje? Drugim kawałkiem promującym został „Spiritual Athleticism”, jak znalazł na przeprosiny dla tych, którzy nie do końca dobrze przyjęli „Jestem Numerem Trzy”, prący do przodu z riffem z gatunku właśnie tych, za które tak pokochano ten zespół. Nagranie zamyka zbitka „Chlorophyllia/ Atropos”, odbijając niczym w zwierciadle otwierające „Urdr/Archer”- co ciekawe, oba te numery wylądowały w koncertowej setliście zespołu jeszcze w 2015.  Ponoć każdy z interludiów na płycie reprezentuje jedną z Norn, odpowiedniczek Mojr w mitologii nordyckiej. Atropos to jedna z nich, odpowiedzialna za przecinanie nici ludzkiego życia, więc adekwatnym jest, że ostatnią rzeczą, jaką słyszymy jest śpiewne „Mother, do not despair, see you on the other side”. Można złapać ciary, jak ktoś podatny.

[soundcloud url=”https://api.soundcloud.com/tracks/289202978″ params=”auto_play=false&hide_related=false&show_comments=true&show_user=true&show_reposts=false&visual=true” width=”100%” height=”450″ iframe=”true” /]

Z innej beczki – jak można było się przekonać podczas występów na żywo, Okoi wielkim wokalistą nie jest i ze śpiewaniem radzi sobie średnio, szczególnie przy czystych wokalach. Oczywiście przejście przez wszelkie studyjne procesy redukują tę niedoskonałość do minimum, a i ciężko mi wyobrazić sobie Bölzer z innym wokalistą. Sytuacja typu „kochaj albo rzuć”, przy czym nie sądzę, żeby ktoś sięgał po nagrania duetu w oczekiwaniu na pieśniarskie popisy klasy Warrela Dane’a.

Oczekiwanie zakończone, nowego wydawnictwa słucha się znakomicie. Panowie nie pozostali na z góry ustalonych pozycjach, zachowując przy tym wiele ze swojego charakterystycznego stylu. Przy wszystkich tych zachwytach jestem jednak pewna, że wiele osób po tej płycie postawi krzyżyk na Szwajcarach, nawet, jeżeli nie tak dawno zachwycali się „Aurą”. Tak po prawdzie, to jeden z tych albumów których trzeba posłuchać samemu, bo cudze recenzje tutaj niewiele pomogą. Spodziewam się wielu skrajnych opinii, bierzcie więc i słuchajcie tego wszyscy. Osobiście – polecam.

Ugh!

 

Ocena: 8/10

Tracklista:

  1. Urdr                                        01:04
  2. The Archer                             06:12
  3. Hero                                        07:29
  4. Phosphor                                07:47
  5. Decima                                    00:52
  6. I AM III                                   09:23
  7. Spiritual Athleticism            05:49
  8. Chlorophyllia                         07:20
  9. Atropos                                   00:42

Total:                                                   46:38

Wydawca: Iron Bonehead Productions

Data premiery: 25.11.2016

Foto: materiały promo

X.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *