Na 5 minut przed koncertem na balkonie i pod sceną Klubu Studio zgromadził się spory tłumek. Pierwszy suport, Crobot, rozpoczął bez zbędnego ociągania. Nie ukrywam, że występ Amerykanów intrygował mnie najbardziej z całego setu. Mniej więcej wiedziałem czego mogę się spodziewać po Black Tusk i Black Label Society. Crobot wydał w zeszłym roku jedną z ciekawszych premier – debiutancki LP „Something Supernatural”.

Gig rozpoczęli od otwierającego krążek ‘The Legend of the Spaceborne Killer’ i już wiedziałem, że będzie świetnie. Brzmienie było ustawione idealnie, dźwięk perkusji i gitary wyraźny, bardzo mięsisty. Basista, Jake Figueroa, swoją dynamiką i zaangażowaniem w grę mógłby służyć za przykład wielu metalowym wyjadaczom. Dało się wyczuć jak przez muzyków przechodzi cała energia, która trafiała do publiki.

Gigantyczną niespodzianką były możliwości wokalisty Brandona Yeagley’a , którego śpiew wypadał momentami lepiej niż na płycie. Oprócz świetnych wokaliz, płynął z melodią i tańczył z mikrofonem zarażając optymizmem. O ile pierwsze 3 utwory publiczność obserwowała z nieśmiałym entuzjazmem, o tyle singlowy ‘Nowhere To Hide’ wywołał pierwsze poruszenie pod sceną i mocny aplauz.

Dalej było już tylko lepiej. Kolejne 3 numery, w tym szczególnie ‘Chupacabra’, na dobre rozgrzały coraz bardziej rosnący tłum. Występ zakończył lekko uspokajający ‘Fly on the Wall’. Jestem szczerze pod wrażeniem debiutantów z Crobot. Nie dziwię się ani Zakkowi, który zaprosił ich na trasę, ani Larsowi Urlichowi z Metalliki, który ostatnio się w nich zasłuchuje. Prawdopodobnie zespół jeszcze nie raz nas zaskoczy.

www.youtube.com/watch?v=0tBeZUjmp6Y

Po przerwie na scenę wkroczył Black Tusk. Pomimo, że występ był zagrożony złamaną nogą gitarzysty i wokalisty Andrewa Fidlera, po muzykach było widać, że chcą choć trochę zrekompensować polskiej publiczności to, że nie mogli zagrać dzień wcześniej w Gdańsku. Z głośników wydobył się soczysty bas, który zapoczątkował pierwszy circle pit tego wieczoru. Wygrywane rytmy rozruszały nawet najbardziej opornych.

Duże wrażenie zrobiły liczne umiejętności perkusisty Jamie’go May ‘a, który stał się naturalnym, scenicznym liderem kapeli. Nie tylko grał złożone partie perkusyjne z licznymi przejściami, ale także śpiewał i napędzał groove niosący tłum, tak charakterystyczny dla tej kapeli.

W połowie setu panowie pozwolili sobie na kolejkę polskiej wódki, pijąc zdrowie Jonathana Athona. Basista w listopadzie zeszłego roku uległ wypadkowi motocyklowemu. Wskutek obrażeń zmarł po kilku dniach. Na scenie, w trakcie trasy koncertowej godnie zastępuje go Corey Barhorst.

Z całej setlisty szczególnie należy podkreślić wykonanie ‘Set the Dial to Your Doom’ i ‘Bring Me Darkness’, które zachęciły publikę do spontanicznej zabawy pod sceną oraz wspólnego śpiewania z zespołem.

www.youtube.com/watch?v=ieE2XEGfLHk

Jednak naprawdę ciasno zrobiło się dopiero na chwilę przed występem gwiazdy wieczoru. Co chwilę pojedyncze okrzyki zachęcały do rozpoczęcia setu. Gdy tylko ucichły dźwięki ‘Whole Lotta Sabbath’ z kasety, usłyszeliśmy pierwsze riffy gitary i kurtyna opadła. W publikę uderzyło intensywne światło, nad sceną górował Zakk, który jednocześnie grał i robił intensywny headbanging i… do wielu osób zamiast muzyki docierał tylko hałas. Na środku publika szalała, ale po bokach i na balkonie sporo osób stało nie do końca wiedząc co się dzieje. Przez pierwsze 2 utwory nie było słychać wokalu ani solowej gry. Dopiero w 3. ‘Bleed for Me’ dało się bardziej wychwycić partie gitary, a przy ‘My Dying Time’ (6.) dało się już rozróżnić śpiew Zakka. Sytuacja zmieniła się na zadowalającą dopiero po solowej grze Wylde’a w połowie występu.

Zakk pojawiając się w każdej części sceny, napędzał tłum do skandowania, wręcz popisując się swoimi niezwykłymi umiejętnościami. Dobrze zdawał sobie sprawę, że wiele osób przyszło tylko dla niego. Rozumiem zachwyt nad jego talentem i podziwiam jego technikę, szybkość oraz to, że daje z siebie wszystko na scenie. Jednak jego 10 minutowy solowy popis nie do końca mnie zachwycił. Gdyby skrócić je do 3-4 minut, całość by na tym nie straciła.

Poprawa brzmienia sprawiła, że można było w końcu cieszyć się gigiem. ‘Godspeed Hell Bound’ ‘The Blessed Hellride’ i ‘Concrete Jungle’ spowodowały, że publika entuzjastycznie falowała i skandowała z zespołem. BLS zaserwował fanom także spokojniejszy fragment w postaci ‘Angel of Mercy’ i ‘In This River’, który muzycy zadedykowali Dimebagowi z Pantery na 10 rocznicę jego śmierci. W tych dwóch utworach wokal Zakka był najwyraźniejszy z całego ich występu.

Na zakończenie rozbrzmiał ‘Stillborn’. Zakk i Dario Lorina prześcigali się solówkami, a pod sceną pojawiła się polska flaga z napisem „BLS Polish Chapter”, którą na koniec występu, skropioną własnym potem, Wylde oddał polskim fanom.

Występ Black Label miał mocne i słabe strony. Koncert głównej gwiazdy, rozpoczęty dla części fanów małym rozczarowaniem spowodowanym problemami z dźwiękiem zespół zrekompensował publiczności zaangażowaniem i potencjałem drzemiącym w utworach. Czekamy na kolejną wizytę Zakka i spółki w naszym kraju.

Zdjęcie0056a

Zdjęcie0062a

Zdjęcie0094

Zdjęcie0083bw

 

 

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *