Gdybyście byli nastolatkami z San Francisco, rodzinnego miasta Exodus i około roku 1984 w ucho wpadłyby pierwsze nagrania Obituary, to by trafić na ich koncert czekałoby na Was do pokonania 2886 mil. Pieszo to około 947 godzin (przynajmniej według Google Maps). Nie wiem, czy ktoś kiedykolwiek zdecydował się na taką podróż, ale dziś nie ma już takiej potrzeby. Exodus i Obituary połączyli siły, by wyruszyć w trasę Battle of Bays. I tak 11 listopada, gdy większość mieszkańców Warszawy rozchodziła się już po przeróżnych Marszach, Biegach, Pikietach i innych tego typu zbiegowiskach, ja udałem się do warszawskiej Progresji. Zarówno w klubie jak i pod barierką zameldowałem się jako pierwszy oczekując pierwszego z supportów.

Koncert rozpoczął King Parrot. Przysłowie poucza, by nie oceniać książki po okładce, ale niestety występ Australijczyków był równie tragiczny, co sceniczna prezencja muzyków. Wokalista i basista postanowili występować bez koszulek, prezentując ohydne i nieestetyczne pokaźnych rozmiarów mięśnie piwne godne największych Januszy. Muzycznie nie stało to nawet obok metalu. Tak wyobrażam sobie twórczość tych wszystkich nieciekawych zespołów, których nie słucham (np. Korn). Wokalista nie mógł pogodzić się z tym, że publika nie okazuje żadnego entuzjazmu i uznał, że jeśli nie porywa nikogo muzyka, to zawsze można pokazać dupę. Albo oblewać zgromadzonych wodą. Cóż, może są fani takich klimatów, niemniej według mnie King Parrot to zdecydowanie najgorszy zespół, który widziałem w tym roku (a było ich około setki).

Jako drugi zaprezentował się nowojorski Prong. Nigdy nie słuchałem ich płyt, byłem do tego bardzo rozczarowany i zdegustowany poprzednikami, zatem nie miałem zbyt wielkich oczekiwań. Zaczęło się nie najlepiej, ale nie ze względu na muzyków – niestety niesłyszalny był wokal, a stan utrzymywał się przez kilka pierwszych utworów. Potem na szczęście sytuacja się poprawiła, ale wokal to nie jest najważniejszy element muzyki Amerykanów. Tę tworzą bardzo rozbudowane, budzące skojarzenia z Machine Head riffy i dobrze funkcjonująca sekcja rytmiczna (z naprawdę dobrze brzmiącym basem). Chociaż taka muzyka, którą określam mianem „nowoczesnego metalu”, jest czymś, co zupełnie mi nie podchodzi – doceniam Prong, bo nie widzę powodów, dla których ze swoją muzyką nie mieliby podbijać Ameryki i grać na dużych scenach, jak na przykład Disturbed. Zaskoczyła mnie też długość ich występu. Trio z Nowego Jorku zagrało 10 numerów, a to tylko o 1 mniej niż Exodus – jedna z gwiazd wieczoru. Sporo jak na support i szczerze powiedziawszy mam wrażenie, że nieco za dużo.

Płachta z tyłu sceny się zmieniła i po reakcji publiczności można było poczuć, że nadchodzi moment, na który czekają zgromadzeni. Logo Exodus pobudziło publikę tak, jak nie zdołali tego zrobić ani brzuchaci Janusze, ani Prong. Gdy tylko rozległy się dźwięki intra, poczułem napór z tyłu, a salę wypełniły okrzyki. Muzycy bez specjalnych fajerwerków pojawili się na scenie i rozpoczęli thrashowe uderzenie od „The Ballad of Leonard and Charles”. Moc i energia udzieliły się każdemu. Było ciasno, było gorąco i cholernie intensywnie. Konferansjerka? Zabawa w klaskanie, pogadanki? Kto by miał na to czas! „Blood In, Blood Out” to fantastycznie spisujący się na koncercie numer. Nawet jeśli ktoś nie słyszał go wcześniej – od razu go podchwyci. Gitarzyści – Lee Altus i zastępujący wiecznie  nieobecnego Holta Kragen Lum biegali po scenie, wymiatali podczas solówek, headbangowali – słowem robili wszystko, czego wymaga się od thrashowych wioślarzy. Koncert trwał, a każdy kolejny znakomicie przyjmowany numer wywoływał radość na twarzach muzyków. Słyszałem, że na berlińskim koncercie dwa dni wcześniej atmosfera była drętwa, natomiast w kraju nadwiślańskim Amerykanie otrzymali znakomite przyjęcie. Gig był znakomicie nagłośniony, a thrashowa chłosta trwała w najlepsze. Dwa numery z Tempo of Damned– „Blacklist” i „War Is My Sheppard” to zdaje się apogeum intensywności. Jestem przekonany, że ani na Marszu Niepodległości, ani przemarszu KOD ludzie nie śpiewali z taką pasją i mocą jak w Progresji.

„Napisał, że to apogeum? Ja mu pokażę!” – zdawał się czytać w moich myślach Zetro z ekipą. Niczym Husaria przełamująca szyki osmańskiego najeźdźcy zespół zaatakował „Bonded by Blood” i „The Toxic Waltz”,  podczas których mosh musiał być naprawdę mocny, bo czułem jak kolejni ludzie rozbijają się o moje plecy, kiedy byłem wciśnięty w barierkę. Występ zwieńczył „Strike of the Beast”, którym panowie pożegnali się z nienasyconymi tym krótkim setem fanami. Wreszcie, po kilku nieudanych próbach, udało się zobaczyć Exodus na żywo i zdecydowanie było warto. Bardzo mocny występ.

O zespole Obituary usłyszałem pierwszy raz od mojego ojca. To właśnie za jego sprawą  jako wbiegający na stojąco pod dywan berbeć poznawałem takie zespoły jak Iron Maiden, Black Sabbath, czy Led Zeppelin. Najcięższym ze słuchanych wtedy przez mojego ojca zespołów było właśnie Obituary i wiąże się z nimi anegdota. Gdy we wczesnych latach dziewięćdziesiątych tatko był przedstawicielem dzikiego polskiego kapitalizmu i handlował kasetami, zdarzało się, że starsi ludzie pytali go kasety Piotra Szczepanika. Ojciec odpowiadał wtedy, że co prawda nie ma on tych nagrań, ale Obituary to ulubiony zespół autora „Żółtych Kalendarzy” i „Goniąc Kormorany”. Biedni, nieświadomi ludzie zakładali słuchawki, a ich uszy były masakrowane dźwiękami „Slowly We Rot”. Anegdotka za nami, to jedziemy z koncertem.

Obituary widziałem już w tym roku i wiedziałem, czego się po nich spodziewać. Będzie ciężko, będzie brutalnie, ale zarazem bez przesadnej ekspresji. Przed występem zastanawiałem się, czy połączenie Exodus i Obituary na jednej trasie to przemyślana mieszanka i przyszła refleksja, że… jak najbardziej! Jeśli thrasherzy z San Fransico to husaria, uderzająca natychmiast i pustosząca szeregi wroga, to Obituary przyrównałbym  do ostrzału artylerii. Głowa sama rwała się do rytmicznego headbangingu, a wokalista John Tardy zrobił tyle kilometrów, że nadrobił za resztę statycznych kolegów (a gdyby nie chodził po scenie a w linii prostej, spokojnie dotarłby do Krakowa). Koncert „urozmaicili” nieco Janusze z King Parrot, uprawiając crowd surfing. O ile jeden z nich po 2 skokach dał sobie spokój, to kompletnie pijany basista leżał na scenie przez kilka minut i wzbudzał po prostu zażenowanie. Na szczęście jeden Janusz to za mało, by zaszkodzić bestii jaką jest Obituary. Interakcja z publiką ograniczona do minimum, kamienne wyrazy twarzy i deathmetalowe chłostanie – oto jak w skrócie można opisać występ załogi z Florydy. Nagłośnienie też dało radę – każdy dive był pięknie słyszalny, wbijając się głęboko i miażdżąc wnętrzności. W setliście znalazło się także miejsce dla tytułowego numeru z nowego wydawnictwa zespołu – „10000 Ways To Die” i coveru Celtic Frost. Frekwencja nie powaliła, ale Progresja była solidnie zapełniona mimo dosyć wysokiej ceny (110zł w przedsprzedaży). Mam nadzieję, że następnym razem dobór supportów będzie zdecydowanie bardziej przemyślany i Janusze zostaną tam, skąd pochodzą – a Obituary i Exodus niech wrócą do Polski jak najszybciej, bo ich koncerty w moim kalendarzu będą miały pozycję „obowiązkowe”.

tekst: Michał Jóźwik
fot.: Karol Makurat „Tarakum Photography”

Galeria zdjęć z koncertu dnia następnego:

1 Komentarz Bitwa Wybrzeży nierozstrzygnięta – relacja z koncertu Exodusu i Obituary 11.11.2016

  1. kecaj

    Widziałem Exodusa po powrocie Zetro kilka razy i jak zwykle koleś po kilku utworach nie ma już siły. „Drze” się nadal zaje….iście ale sił trochę mu już brakuje. Poza tym dla mnie Exodus jeśli chodzi o energię i prezencje sceniczną był lepszy od Orbituary. Ale ci drudzy natomiast grali świetnie. Ale mogli by trochę się po poruszać.
    Z mniej przyjemnych rzeczy jak zwykle w moshu/pogo znajdzie się dwóch kolesi z syndromem małego którzy chcą wszystkim udowodnić jacy to są zajebiści. Nie wiem czy to tylko ja ale mam wrazenie że jeszcze kilka lat temu ludzie wiedzieli o co w tym chodzi, a teraz myślą że można tak sobie wbiec w pogo dać komuś w ryj z łokcia i wszystko jest fajnie. Poziom niektórych osób w publice był żenujący.

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *