„Nieee, nie nabiorą się na to po raz kolejny” – pomyślałam, spoglądając na plakat, gdy pod koniec marca ogłoszono trasę Behemotha w towarzystwie Batushki i Bölzera. Bo też ile razy można dać się sprowokować podobnym zabiegom? Jak się okazało, racji nie miałam i także tym razem przetoczenie się przez kraj ekipy z lasów Pomorza zostało okraszone odpowiednią dawką protestów, petycji i modłów, czego wymiernym skutkiem było to, że ludzie przepłacali kilkakrotnie za wyprzedane bilety na koncert metalowy w kraju, w którym wiele imprez „w klimacie” cierpi z powodu niskiej frekwencji. Do standardowych zarzutów dołączyły te o antypolskość i obrazę narodowych symboli – po szybkim sprawdzeniu okazało się, że dalej pamiętam datę bitwy pod Grunwaldem i Inwokację z Pana Tadeusza, zdecydowałam się więc podjąć ryzyko mimo wszystko. Nie obyło się również bez odwołanego koncertu- trafiło akurat na Bydgoszcz, gdzie jako powód zostały podane osławione „przyczyny niezależne od organizatora”, co do tej pory jest przyczyną wielu spekulacji. Dzięki temu zmuszona byłam powrócić do gdańskiego B90, za bardzo jednak przykro mi z tego powodu nie było, bo przynajmniej wiedziałam, że koncert nie tylko zobaczę, ale i usłyszę.

Tak więc w chłodne, niedzielne popołudnie ruszyliśmy na wyprawę do Stoczni, gdzie – niespodzianka! – przywitała nas osławiona krucjata, łącznie ze sztandarami Lannisterów, grajkiem na dudach i transparentami z chwytliwymi hasłami w rodzaju „Lucifer- the eternal loser” czy też „Szatan to tchórz”. Behemotha widziałam z siedem razy, cieszy mnie więc, że wreszcie udało mi się ujrzeć na żywo ich legendarny support. Chociaż, szczerze mówiąc, rozgłos ich przerasta – kilkanaście protestujących osób w towarzystwie trzech radiowozów i dodatkowej ochrony przy wejściu na teren lokalu wyglądało dosyć zabawnie.

Po obejrzeniu pierwszego tego wieczoru występu udałam się do wnętrza klubu, gdzie jako pierwsza miała zagrać rodzima Batushka, zespół, który w roku ubiegłym swoim debiutanckim albumem „Litourgiya” zrobił furorę na rzadko spotykaną skalę, zbierając sporo pozytywnych recenzji i już kilka miesięcy później grając na takich festiwalach jak chociażby francuski Motocultor czy słowacki Gothoom. Dla mnie ten materiał pozostaje co najwyżej dobrym, przy czym dość przewidywalnym, chociaż powinszować temu, kto wpadł na koncept blackmetalowej cerkwi – jak widać zażarło. Ale wróćmy do koncertu – na scenie gratów, jakby grały dwie Vesanie: świeczuszki, czaszeczki, w centrum tego wszystkiego oczywiście ikona. Jeśli ktoś widział kiedyś na żywo Czechów z Cult of Fire, prawdopodobnie miał problemy z uniknięciem skojarzeń, choć uczciwie przyznać należy, że ukształtowanie kapturów u obu kapel jest zgoła odmienne. Punktualnie o godzinie 19 powolnym, procesyjnym krokiem na scenę wkroczyło osiem zamaskowanych figur, w tym trzech chórzystów. Rzeczone figury powitano, zgodnie z nową świecką tradycją, oklaskami i światłem smartfonów. Nie ukrywam, bardzo ładnie to wszystko wyglądało, było kadzidło, kropidło, prezentacja wspomnianej ikony i kolorowe światło, ale co z muzyką? Ano muzyka Batushki to melodyjny i łatwo wpadający w ucho black metal z domieszkami wpływów prawosławnych, idealny do tego, żeby lecieć gdzieś w tle i nie odciągać uwagi słuchacza od bardziej absorbujących czynności. Na koncert można zerknąć z ciekawości, aczkolwiek z zasłyszanych wypowiedzi wynika, że osoby zachwycone albumem były równie zachwycone występem, więc jeżeli należycie do tych, którzy mówią o „Litourgii” w samych superlatywach- idźcie, raczej się nie zawiedziecie.

09.10.2016 - Gdansk, Koncert zespolu Behemoth n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

09.10.2016 – Gdansk, Koncert zespolu Batushka n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER #tarakum_photography

Behemoth Behemothem i Batushka Batushką, ale dla mnie głównym powodem, dla którego wybrałam się do Gdańska był black/deathmetalowy duet Bölzer. Z utęsknieniem wyczekiwałam na ich występ, tym bardziej, że opinie na temat formy Szwajcarów na żywo były niemal wyłącznie skrajne – podobno wypadali albo tragicznie, albo rewelacyjnie, z tą uwagą, że sporo zależy od nagłośnienia. Jak wiadomo, w takich przypadkach najlepszym wyjściem jest przekonanie się samemu i wyrobienie własnego zdania, tak więc jeszcze przed rozpoczęciem zameldowałam się w pobliżu sceny, coby się później niepotrzebnie nie przepychać. Na barierki nie było szans- oddani fani Behemotha wytrwale okupowali je od otwarcia klubu. Sceniczna prezencja autorów „Aury” stała w dość mocnym kontraście do kapel, z którymi tym razem dzielili deski – nie dość, że tylko dwie osoby, to jeszcze ascetyczne oświetlenie, wyłuskujące z mroku sylwetkę wytatuowanego wokalisto – gitarzysty Okoia Jonesa, żadnych kadzideł, jedynie sztandar informujący wszystkich zainteresowanych, że oto przed państwem występuje zespół BLZR. Dobrze, że takowy stał, bo z pojawiających się gdzieniegdzie komentarzy wynikało, że dla niejednej osoby między kapelą obrażającą prawosławnych a kapelą obrażającą katolików grało jakieś niewiadomo co, też na B. Panowie wypuszczają niedługo nowy materiał, pierwszą pełną płytę „Hero”, którą zdarzyło mi się już usłyszeć i muszę powiedzieć, że mimo lekkiej zmiany kierunku przypadła mi do gustu. Rzecz jasna nie zabrakło więc materiału z nadchodzącego debiutu – w roli intro wystąpił otwierający album „Urdr”, następnie poleciał grany na żywo już od dłuższego czasu „Archer”, podczas którego można było nacieszyć uszy tradycyjnym metalowym „ugh”, pojawił się też singiel, czyli „I AM III”, wraz z interludium „Decima”, które parę osób nawet próbowało zanucić. Znalazło się i miejsce na starsze utwory: z EPki „Soma” poleciało kolosalne „Steppes”, a z demówki „Roman Acupuncture” bodajże „Zeus – Seducer of Hearts”, w połowie którego wywaliło przody, dzięki czemu miałam jedyną w swoim rodzaju okazję, by w trakcie jednego koncertu przekonać się, jak wiele u Szwajcarów zależy od nagłośnienia. Awaria zakończyła się w połowie największego chyba „hitu” grupy, „Entranced by the Wolfshook”, po którym panowie zeszli ze sceny.  Nie był to może koncert życia, ale osobiście jestem całkiem zadowolona i mam nadzieję, że będzie mi dane kiedyś uczestniczyć w gigu, na którym Bölzer będzie występował jako gwiazda wieczoru.

09.10.2016 - Gdansk, Koncert zespolu Behemoth n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

09.10.2016 – Gdansk, Koncert zespolu Bolzer n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER #tarakum_photography

Nastąpiła dłuższa, ponad półgodzinna przerwa w trakcie której na scenę były wnoszone, ustawiane i podpinane graty ekipy Nergala, ja zaś udałam się na małą salę, aby popijać piwo i obgadywać najbliższe plany koncertowe. Słyszałam wiele narzekań na istniejący w B90 system karty klubowej (głównie od osób, które wybierały się tam po raz pierwszy) jednak prawda jest taka, że to dzięki niemu przy wyprzedanym koncercie można dostać się do baru w stosunkowo krótkim czasie.

Kto widział już kiedyś Behemotha, ten z pewnością wiedział, czego się spodziewać – dopracowanego w najdrobniejszych szczegółach show, pełnego profesjonalizmu, pirotechniki i czarnego konfetti. Można ich nie lubić, można wypominać Adamowi występy w mainstreamowych mediach, jednak trzeba przyznać, że na scenie zawsze prezentują dosyć stały, wysoki poziom. Brakuje tu co prawda miejsca na spontaniczność, ale jak widać po wynikach sprzedaży zarówno płyt, jak i biletów, formuła ta ma wielu wiernych fanów. Głównym daniem tego wieczoru miało być wykonanie w całości ostatniego albumu grupy, „The Satanist”, co mnie osobiście raczej ziębiło, niż grzało, po pierwsze dlatego, że nie jest to mój faworyt z ich dorobku, a po drugie najzwyczajniej z tej przyczyny, iż zdążyłam już ten set zobaczyć na tegorocznym Brutal Assault. Nie do mnie jednak ta decyzja należała, zresztą podejrzewam, że obecnie Behemoth mógłby zrobić po Polsce trasę na której graliby wyłącznie covery wczesnego Beherit i dalej wyszliby na swoje – cóż, zapracowali sobie. Tak więc chwilę po 21:30 (tak, całkiem prawdopodobne, że było to siedem minut później) pod sceną wyczekiwali już wszyscy zainteresowani, z których wyjątkowo wielu, dzielnie nie zważając na padające baterie, postawiło sobie za punkt honoru pomóc w dodatkowym oświetleniu lokalu za pomocą swoich prywatnych smartfonów. W imieniu wszystkich zagubionych w ciemności – dziękujemy.

09.10.2016 - Gdansk, Koncert zespolu Behemoth n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

09.10.2016 – Gdansk, Koncert zespolu Behemoth n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER #tarakum_photography

Pierwsze dźwięki otwierającego najnowszy album „Blow Your Trumpets, Gabriel” zostały z entuzjazmem powitane przez stłoczonych fanów, a Naczelny Polski Satanista przywitał zgromadzonych kulturalnym, acz standardowym „Dobry wieczór, Gdańsk!”. Cóż, publika jadła Nergalowi z ręki – również dosłownie, co można było zaobserwować podczas rozdawania całkiem nieświętej (jak zakładam) komunii. Uczestnicy koncertu zostali okadzeni po raz kolejny, pojawiły się też znane z sesji zdjęciowych do „The Satanist” „ślimacze” maski. Setlista była nieco dłuższa od tej Brutalowej, więc po „O Father O Satan O Sun!” pojawiło się jeszcze na parę klasyków, chociażby „Conquer All”, „Slaves Shall Serve” i „At the Left Hand ov God”, który – jak było słychać – najwyraźniej zastąpił „Decade of Therion” w kategorii „kawałki Behemotha, do których ludzie pamiętają alternatywne teksty”. Osobiście chętnie usłyszałabym „Christians to the Lions”, niestety tym razem zabrakło czasu na ten (jakże adekwatnie zatytułowany!) utwór. Na zakończenie oczywiście „ Chant For EZXHATON 2000”, po którym ludzka masa zaczęła się przepychać w stronę wyjść i szatni.

09.10.2016 - Gdansk, Koncert zespolu Behemoth n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

09.10.2016 – Gdansk, Koncert zespolu Behemoth n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER #tarakum_photography

Suma summarum wypad uznaję za udany, przede wszystkim za sprawą niezłego gigu Bölzera, przyjemnie też było wypić piwo z paroma dawno nie widzianymi znajomymi. Miło ze strony klubu, że nie wyprzedawał biletów do ostatniego metra, jak to podobno zdarzyło się w Warszawie, dzięki czemu wyprawa do punktów newralgicznych, takich jak łazienka, palarnia czy bar nie groziła utratą połowy setu. Miło także ze strony Behemotha, że regularnie zabiera w trasy wyróżniające się mniejsze kapele (wystarczy wspomnieć chociażby Thaw, Tribulation czy Secrets of the Moon), dając im możliwość zaprezentowania się przed szerszą publiką. Ufam, że nie zawiodą i następnym razem.

 

Podziękowania dla Karola Makurata za użyczenie zdjęć, zajrzyjcie na jego stronę po więcej.

X.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *