Niestraszne mi opinie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę i stwierdzam, że był to najlepszy koncert Behemotha, na jakim kiedykolwiek byłem. Zespół wzbił się na wyżyny i można śmiało stwierdzić, że szybko z nich nie zejdzie. Wreszcie nasz kraj może pochwalić się zespołem na światowym poziomie – zarówno muzycznie, jak i pod względem granych koncertów!

Pod warszawską Stodołą również znaleźli się przeciwni koncertowi przedstawiciele Krucjaty Różańcowej. Jednak koło 20.00 z niewiadomych mi przyczyn postanowili się zebrać. Więc tym razem było spokojnie. Trzeba jednak przyznać, że grupa oburzonych robi Behemothowi chyba najlepszą możliwą reklamę. Od miesiąca Internet żyje tylko tym, że zespół ruszył w trasę po Polsce, dlatego pewnie pierwsze, co rzucało się w oczy po wejściu do klubu, to ogromny tłum ludzi. Chyba nigdy nie widziałem tylu ludzi w Stodole. Wcześniejsze występy Behemotha zdecydowanie nie przyciągały tylu fanów.

Koncert zaczął się o godzinie 21.50 od mrocznego Blow Your Trumpets Gabriel z najnowszej płyty „The Satanist”. Następnie zespół przeszedł do pochodzącego również z tej płyty Ora Pro Nobis Lucifer. Tutaj trzeba przyznać, że nowe utwory doskonale sprawdzają się na żywo. Są pełne siły i agresji, a jednocześnie melodii i rytmu. Potem przyszła pora na czadowy Conquer All i sponiewierany przez Internet Decade of Therion (dało się usłyszeć w tłumie okrzyki „kaka demona!”). Interesująco zaprezentował się As Above So Below. Jednak po nim szybko nadeszło mocne uderzenie w postaci takich klasyków, jak Slaves Shall Serve oraz Christians to the Lions. Generalnie klasyki i utwory z nowej płyty przeplatały się z rzadko wykonywanymi kawałkami, co dało w zestawieniu bardzo dobrą, zróżnicowaną setlistę.

Behemoth zrobił ogromny skok w kwestii show. Wiadomo, że zespół od zawsze stawiał na wizerunek – mroczne stroje, podpalane krzyże, podarta Biblia. Jednak teraz to już zupełnie inny poziom. Pirotechnika na warszawskim koncercie zapierała dech w piersiach. Do tego trzeba jeszcze dodać wybuchające słupy pary, perfekcyjne i nastrojowe oświetlenie, a także odświeżone stroje oraz mroczne inscenizacje Nergala, takie jak modły do Szatana, wejście na podest i machanie kadzielnicą czy plucie krwią niczym upiorna wersja Genne’a Simmonsa z Kiss. Chyba jeszcze żaden koncert Behemotha nie miał tak mrocznego, ciężkiego i zapierającego dech w piersiach klimatu. Niestety ucierpiał na tym trochę kontakt zespołu z publiką. Jednak należy pamiętać, że Behemoth równa tutaj do poziomu największych zespołów, które robią przede wszystkim perfekcyjne show. Zabawa i tak była świetna.

Poza tym w Stodole można było jeszcze usłyszeć takie kawałki, jak The Satanist, porywający Ov Fire and the Void, Furor Divinus oraz nietypowy cover zespołu Siekiera Ludzie Wschodu. Na koniec Panowie zagrali Alas, Lord Is Upon Me, At the Left Hand ov God oraz nieśmiertelny Chant of Eschaton 2000, zagrany w strumieniach sztucznej krwi wypływającej z ust muzyków. Koncert zakończył O Father O Satan O Sun!, kiedy to pod koniec muzycy przywdziali czarne maski diabłów z teledysku do Blow Your Trumpets Gabriel. Widok robił wrażenie! Behemoth stworzył nową jakość na polskiej scenie muzycznej i możemy być dumni, że dzięki niemu ta scena zaczyna być coraz bardziej doceniana na całym świecie.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *