„Naszym przepisem na pisanie albumu było po prostu jam session. Jest to długotrwały proces, ale w tym wypadku mamy pewność, że każdy czuje to, co gra, bez  kompromisów albo kręcenia noskiem, że komuś coś nie leży – taki jest metal” – nadmorski pancernik, deathmetalowy Dreadnought w kwietniu wyda płytę zatytułowaną The Light Shalt Be Ungiven. Album ma mieć konceptualny charakter a jego premierze towarzyszyć będzie mini festiwal. O szczegółach opowiada Łukasz Zapała, gitarzysta Dreadnought.

Dreadnought jest przed premierą albumu The Light Shalt Be Ungiven. Kiedy ostatecznie krążek ujrzy światło dzienne?

Cześć! Krążek ujrzy światło dzienne dnia 20 kwietnia przy okazji release party. Będzie to całkiem spora feta, której przyświecać ma koncert w formule mini festiwalu. Wraz z nami zagrają goście z Niemiec, formacja ze Śląska oraz lokalne ekipy – w tym wypadku będzie jedna całkiem mocna niespodzianka, szczególnie dla ludzi kojarzących pewne gdańskie wydanie spod bandery Thrashing Madness. Ważny punkt na eventowej mapie Trójmiasta, tym bardziej że wszystko robimy sami, bez żadnych agencji bookingowych – czysty underground.

Jak powstawał ten album? Macie twórczego lidera czy raczej opieracie się na burzy mózgów?

Szczerze mówiąc, zawsze unikaliśmy pisania materiału w domu czy przynoszenia na próby czegoś więcej niż jeden riff/zagrywka do stworzenia numeru. Naszym przepisem na pisanie albumu było po prostu jam session. Jest to długotrwały proces, ale w tym wypadku mamy pewność, że każdy czuje to, co gra, bez  kompromisów albo kręcenia noskiem, że komuś coś nie leży – taki jest metal. Rzucamy jedną zagrywkę, czasem po prostu akord i ciśniemy do oporu, czasem wchodzi od razu, czasem po pół godziny, a nieraz mamy tak dobrą zabawę, że wolimy porobić muzę dla ćpunów. Tak, czy siak zawsze daje radę coś wyłowić i później zacząć jama od innego punktu rozwoju numeru, czasem robi się je od A do Z, czasem urywki czekają na spoiwo. Po kilku wpadkach materiałowych i pędzie spod znaku minionych lat nauczyliśmy się na pewno luzu i cierpliwości.

Gdzie nagrywaliście  The Light Shalt Be Ungiven? Kto zajmował się produkcją tego krążka?

Krążek nagraliśmy w Osso Studio, w Gdańsku. W początkowej fazie nagrywania współpracowaliśmy z Kubą „Ozzim” Wojciechowskim oraz właścicielem – Dawidem Gorgolewskim. Za sam mix i master był już odpowiedzialny tylko Dawid. Chłopaki mieli mega świeże spojrzenie na sprawę, a każdą formę presji podczas nagrywania można było rozładować w atmosferze wiecznego grilla. Czego chcieć więcej? Muza, alkohol i grill. Taka była nasza recepta aż do momentu, kiedy Mezcal z robalem pokonał jednego z nas.

Póki co, zapowiadany album promujecie odsłuchem kawałka Devourer of Evil oraz dwoma teaserami. Czy do dnia premiery planujecie coś jeszcze udostępnić?

Poza wyżej wspomnianymi udostępnieniami nie planujemy puszczać w eter kompletnie nic. Cały album ma charakter albumu koncepcyjnego, trzeba go przesłuchać w pełni od początku do końca, żeby było wiadomo o co nam dokładnie chodzi. Numery kończą się, zaczynając nowe. Bardziej to przypomina deathmetalową operę, aniżeli zbiór stand alone tracków.

Jak najnowsze płyta ma się do demówek Domination of the Void oraz The Day of Extermination? Można mówić o prostym wektorze, którym Dreadnought podąża od początku?

Tutaj nie ma w ogóle wątpliwości, że album jest wyznacznikiem zupełnie nowego poziomu, nie tylko, jeżeli chodzi o jakość produkcji, ale również o aranżacje. Demo stało niżej, niż akceptowalny poziom podwórkowy, robi się czasem ciepło na sercu, jak widzi się to wydanie na półce u znajomych, ale to wciąż raczej to brzydsze dziecko. EP-ka prezentowała się o niebo lepiej, ale jakość wydania też pozostawiała wiele do życzenia. Nie trzeba być ekspertem, ani też nie trzeba szukać daleko, wystarczy porównać track udostępniony w grudniu z jakością, która gościła na EP .

Krążkiem The Light Shalt Be Ungiven będziecie chcieli zainteresować jakieś wydawnictwo czy raczej wydacie go własnym sumptem?

Byliśmy tak skupieni na robieniu muzy i nagraniu jej, że w momencie, kiedy rozesłaliśmy wici odnośnie chęci współpracy okna transferowe były daleko poza naszym zasięgiem. Większość wytwórni swój roster miało już zaplanowany do końca 2019 r., a nam zależało na wydaniu tego już na początku roku. Niemniej jednak, mimo braku nawiązania współpracy otrzymaliśmy dużo pozytywnych odpowiedzi, jeżeli chodzi o sam materiał, wydaje nam się, że gdyby tak nie było, to nikt nie bawiłby się w kurtuazyjne zwroty. Pierwszą partię wydamy niezależnie, los lubi pisać różne scenariusze więc niewykluczone, że kolejna będzie wydana już pod jakimś konkretnym szyldem.

Death metal nie jedno ma imię. Jak wyglądają Wasze inspiracje w nawiasie tego gatunku? Na półce obok jakich zespołów będzie trzeba położyć The Light Shalt Be Ungiven?

No właśnie, tu zaczynają się schodki, bo w momencie odsłuchania albumu jako całości ciężko znaleźć jednoznaczne porównania. Doskonale wiemy, że to często powielany tekst, ale w tym wypadku rzeczywiście tak jest i mielibyśmy nieziemski problem żeby znaleźć bliźniacze wydawnictwo. Można dosłuchiwać się Morbid Angel, jest i Asphyx, pojawiają się elementy fińskie spod znaku Demigod, ale także sporo atmosfery spod bandery amerykańskiego Agalloch.

 

Planujecie trasę promującą nowy album? Jak w ogóle wygląda Wasza aktywność koncertowa?

Na ten moment dopinamy ostatnie sprawy organizacyjne dotyczące release party. Gdy tylko się z tym uporamy, zaczniemy bookować koncerty w Polsce i poruszymy nasze skrzynki kontaktowe zagranicą, między innymi Niemcy i Czechy.

Gdzie będzie można kupić, ewentualnie odsłuchać nową płytę Dreadnought?

W dniu samej premiery fizyczny nośnik będzie można nabyć w klubie, w którym będzie odbywał się koncert. Poza tym, płatna wersja elektroniczna wyląduje na Bandcampie, a fizyczny nośnik będzie można nabyć również, poprzez opcję zakupu na Facebooku oraz zwyczajnie – przez wiadomość prywatną.

Gdzie na bieżąco można śledzić Waszą aktywność?

Najbardziej celnym miejscem do śledzenia naszej aktywności będzie fanpage na Facebooku – Wszystkie materiały, które publikować będziemy na YouTubie, Bandcampie, czy też innym serwisie będą się znajdować właśnie tam. Taki bedeker, czy tour guide po tym, co robimy.

Dziękujemy za rozmowę.

Mega dzięki za możliwość wywiadu! Metal niezależnie od formy jest brudny i obskurny, dlatego pozdrowień nie będzie. My cały czas jesteśmy tacy sami i robimy swoje.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *