Ponoć gdy nie wiadomo, od czego zacząć swoją opowieść, najlepiej zacząć od początku. Problem pojawia się, gdy już w tym momencie, z jednej strony ma się łzy w oczach, a z drugiej chęć krzyczenia ze złości. Kiedy muzyka metalowa powstała, szczególnie w swoich ekstremalnych odmianach, kluby były zapełniane, przez zbuntowanych, agresywnych, gniewnych fanów, którzy nie godzili się ze światem, który ich otaczał. Mija niemal 50 lat. Świat się zmienił. Zmienili się fani. Teraz nie zapełnia się już tak często sal koncertowych. Znacznie częściej zapełnia się bary. Zacznijmy jednak od początku.

Styczeń. Rok 2016. Trasa „Autumn Ride Tour” organizowana pod egidą Heart of Rock. Mój pierwszy koncert w nowym roku. Do tego organizowany w rodzinnym mieście. Był on z wszech miar wyjątkowy, jednak zdecydowanie bardziej z przyczyn negatywnych, aniżeli pozytywnych. Oczywiście, gdyby tak spisać, argumenty za i przeciw na kartce, pewnie tych „za” byłoby więcej. Niestety, moc poszczególnych zjawisk, jest daleko bardziej znacząco, niż ich ilość. Do miasta Byda i Gosta, przybyły cztery kapele: weterani z Quo Vadis, wikingowie z Valkenrag, poganie z North oraz destruktorzy z Mortis Dei. Kapele zróżnicowane, odrębne gatunkowo, zaprawione w koncertowych bojach, oraz dobrze znane polskiemu podziemiu, Quo Vadis i Valkenrag znane są zresztą szerzej. Mogłoby się wydawać, że ludzi przyjdzie ogrom. Cała rzesza. Tym bardziej, że był to piątek, wieczór, koncert niedrogi (20 zł), pogoda co prawda nijaka, bo deszcz ze śniegiem, no ale już nie przesadzajmy, nie takie zimy Polska pamięta (choć lepsze już też się zdarzały….). Mimo to przychodzę pod klub, dwadzieścia minut przed koncertem i byłem…..ja. Patrzę na zegarek, może coś mi przeskoczyło, ale nie. Wszystko się zgadza. Po chwili przyszło na szczęście parę osób. Myślę sobie „powoli się zbierają”. No się pomyliłem.

Około godziny 19.00 bydgoska Estrada uchyliła swe wrota. Wpuszczeni przez nie ludzie, zostali z automatu zaatakowali agresją dźwięków, jaka wydobywała się ze sceny, na której stali tyrani z Mortis Dei. Tylko moment. Coś mi tu nie pasuje. Przecież chłopaków normalnie jest piątka. Grzegorz Zaremba na basie, Maciej Urbaniak na perkusji, Mirosław Harenda na gitarze, na wokalu Łukasz Kobusiński oraz Bartosz Gawroński na drugiej gitarze. Patrzę. Nie ma perkusisty. BA! Nawet nie ma perkusji. Leciała z komputera. Mówię sobie: coś tu nie gra. Niebawem odpowiedzi na moje dostarczył wokalista Łukasz. Maciej z powodów prywatnych, których z szacunku dla niego pozwolę sobie nie przytaczać, nie mógł zjawić się na koncercie, jednak już działa z kapelą i szykuje się do swojego powrotu na scenę. Życzę mu powodzenia i szczęśliwego powrotu. Niech wraca czym prędzej!

www.youtube.com/watch?v=5MwYpyusIrQ

Wydawałoby się, że taki death metal, mocarny, szybki, agresywny, bezkompromisowy, ruszy ludzi po scenę. A tu nie dość, że ludzi jeszcze niewiele, to pod sceną dwie osoby. Owszem, bawiące się w najlepsze, ale dwie. Zanim mi tu jeden z drugim wystąpi, że niektórzy chodzą „na koncerty dla muzyki”. Powiedzcie mi, jak bardzo musiał umrzeć w młodych duch zabawy, w ogóle duch metalu, że stoją przy ścianach i filarach z iphone’nami i patrzą na koncert przez pryzmat szkła. Tutaj tego problemu nie było. Bo nie było młodzieży. Serio, byłem chyba najmłodszy. Lecimy dalej, bo przed nami zespół, który wbił mnie w ziemie, i sprowadził zimę do Estrady. North.

Jeśli ktoś by się mnie zapytał, dla jakiej kapeli warto było wyjść tego dnia z domu (A wiem, że i tak nikt nie zapyta….) to powiedziałbym, że dla North. Pogański Black Metal prosto z zgliszczy upadłej Arkony. Od pierwszych dźwięków „Ofiarnego Głazu” aż po ostatnie „Stare Słowa Pieśni” czuć było chwałę dawnych lat. Gdy na polach szalał wiatr, w kominku trzaskał ogień, a ręce kowala, rybaka, zbieracza czy szkutnika gładzono obolałe po ciężkim dniu pracy. Gdy bogowie patrzyli na ludzi. North to wszystko przywołał. Ludzie w końcu ruszyli się, choć nieśmiało, pod scenę. W ilości, niewielkiej, ale jak sumę, która przyszła, to i tak dużo. Gdy zabrzmiały „Ognie Arkony”, Estradę przeleciał duch dawnych dni. A na koniec, niespodzianka. Znacie to uczucie, gdy jest kapela, której nigdy nie usłyszycie na żywo, ale liczycie, że ktoś Wam zagra ich kawałek? Ja tak mam z Bathory. Spoczywaj w Valhalli Quorthon! Jednak North, wypełnił tę pustkę w moim sercu. Zagrali „A Fine Day To Die”. Jednak nie ku chwale Qurthona. Lecz zmarłego niedawno Lemmiego. Ludzie znali Bathory. W końcu coś w nich drgnęło. Pamiętać przy tym trzeba, że wokalista zespołu Sirkis (oraz gitarzysta), cały czas starał się podtrzymywać kontakt, z tą garstką osób, która przyszła. Chwała mu. No ale, my tu gadu, gadu, a na scenę wchodziła już legenda polskiego metalu. Kapela absolutnie kultowa. Quo Vadis. Teraz już nie było zmiłuj.

www.youtube.com/watch?v=dKWluUFwghU

Jest coś takiego w polskiej scenie metalowej, że mogłeś widzieć kapelę i 100 razy, a zawsze pójdziesz 101. A kiedy idziesz na jakiś koncert po raz pierwszy, to byś najlepiej chciał wyjść z dyskografią bandu, pałeczką perkusisty (tą drewnianą) i koszulką wokalisty. A czasem z wokalistą. Widziałem po ludziach, że niektórzy mieli zobaczyć Quo Vadis po raz pierwszy, i aż się w nich gotowało. To dobrze. Bardzo dobrze. Kapela nie przyjechała na marne. Zaczęła się jazda. Nawet trochę więcej ludzi przyszło! Zwlekli się z baru. I dobrze!

„Caducus”, „Chaos”. Można lepiej zacząć koncert? Konkretami od początku po twarzy i bez zmiłowania. Skaya (bas/ wokal), Matek (gitara), Sajmon (perkusja) oraz Ian (gitara, jak ten twardziel wymiata, ludzie!), postanowili, że nie będą się z nami jeb.ć w tańcu. Widać było, że przyjechali w jednym celu – zrobić pod sceną piekło. Co z tego, skoro fani, stwierdzili, że lepiej i wygodniej jest przy filarach? Nie można jednak powiedzieć, kilka osób przyszło pod barierki. Potem na warsztat poszedł mój ukochany kawałek „NKWD”, oczywiście razem z intro. Gdy zabrzmiał hymn ZSRR, wiedziałem, co nadchodzi. Warto było przyjść na koncert!

www.youtube.com/watch?v=SWN62droZ_M

Wiecie co mi zawsze daje do myślenia o Quo Vadis? Skaya się nie może zestarzeć, zespół z upadkami i wzlotami, ma się dobrze, teraz szykują nową płytę, z której kawałki grali, których tytułów nie zdradzę, a które były bardzo, BARDZO dobre. Im się chce. W tym polskim padole. Szanuję ich za to, bo słucham od dawna i zawsze z takimi samymi wypiekami. Zagrali szlagiera jakim jest „Dominus”, „Trzy Szósteczki”czy „Blood for Oil” (pamiętacie jeszcze teledysk i koszulkę Skayi? Nadal jestem jej psychofanem). Nie zabrakło też „Pretty Woman”, chociaż osobiście uważam, że granie tego na koncercie jest tanim chwytem, natomiast rozumiem intencje kapeli w tym przypadku. Zaskoczył mnie cover Megadeth. „Symphony of Destruction” to coś czego można słuchać bez przerwy. Genialnie panowie sobie poradzili z tym kawałkiem, ja byłem zaskoczony, a sądząc po ludziach, nie byłem sam.

Na Quo Vadis dochodziło do zmian w publice. Jedni odchodzili, drudzy przychodzili, jedni z baru wracali, inni do niego zmierzali. Raz było więcej osób, pod koniec już bardzo niewiele, ale nadal ktoś. Właśnie na ich koncercie najbardziej uderzyło mnie to, co pisałem na wstępie. Ludzie nie chodzą na koncerty. Kapele się produkują dla nich, jeżdżą po całym kraju, a ludzie nic. To boli. Podejrzewam, że kapele szczególnie. Po tylu latach, dobrych płytach i mocnych występach dostać prawie pustą salę? Załamać się idzie. Nie był to jednak koniec przykrych scen na koncercie. Gdy Quo Vadis zagrało ostatni kawałek, na którym ryczałem ze śmiechu, słynne „Kocham Cię kochanie moje” oraz bis „Ból Istnienia”, miała nadejść kolej na Valkenrag. I tu pojawiły się schody….Aż łza się w oku kręci, bo na nich czekałem najbardziej.

Gdy Quo Vadis zeszło ze sceny, i panowie zaczęli kręcić się między fanami a backstage’em (ukłon w stronę ich wszystkich za to, nie uciekali od ludzi, nie kryli się, ba, sami wyszli, życzyłbym sobie, by każda kapela potrafiła tak się uśmiechnąć do fanów), na scenie zaczęła rozkładać się horda Normanów z Valkenrag. W powietrzu było jednak czuć nieszczęście. Nie wiedziałem, czemu, ale czułem, że coś pójdzie nie tak. Stwierdziłem jednak „dobra, nie myśl, czekałeś na nich cały wieczór, jarałeś się kawałkami jak debil, to czekaj aż zagrają”. Posłuchałem samego siebie, a to coś!

www.youtube.com/watch?v=0zzE3pmnNjc

Lorgath (gitara, wokal), Typhus (gitara), Shevcoo (perkusja) oraz Ulfar (bas) zaczęli grać chwilę po północy. Ludzi byli jak na lekarstwo, ale to właśnie były (w większości) osoby, które czekały specjalnie na nich. Na pierwsze baty poszło „The Ultimate Prize”. Growl Lorgatha brzmiał jak uderzenie pioruna, pod gniewem samego Thora. Zabawa się zaczęła. Fani zostali wezwani do boju. Prawdopodobnie najkrótszego w ich życiu. Jestem w ogóle fanem Ulfara. Gdybyście tak spojrzeli, na niego na scenie to moglibyście odnieść wrażenie, że jego bas jest większy nim on sam. A jak on na nim łoi! Twardo paluchami, nawet szybsze partie, w ogóle bez zmęczenia. Szanuję w opór.

Na drugi front poszedł mój ulubiony utwór z płyty „Twilight of Blood and Flesh”, mianowicie „Belongings of Thor”. Na płycie brzmi dobrze. Na żywo znakomicie! Jedno tylko rzuciło mi się w uszy. Perkusja. I te perfidne kartofle. I w tym momencie zaczęło się psuć.

Nikt nie wie, co się stało, ale panowie byli zmuszeni zakończyć koncert. Nie od razu. Jako rekompensatę, za stratę jaką ponieśli fani, odegrali kultowy utwór zespołu Amon Amarth, zatytułowany „The Pursuit of Vikings”. I potem się ewakuowali. Coś się stało z perkusistą? Co? Nie powiem Wam. Sam nie wiem, możemy się tylko domyślać. Wiecie co jest najgorsze? Patrzę właśnie na playlistę. I wiem ile dobrych utworów straciliśmy. Od tego się jednak nie umiera, a ja mam nadzieję, że chłopy się szybko pozbierają, i wrócą na trasę. Bo im nie wybaczę tego, chcę zobaczyć ich na co najmniej godzinnym koncercie.

Ciężko mówić mi o ocenie koncertu, gdy działy się rzeczy, na które ani kapela, ani klub, ani ja, wpływu nie mieliśmy. Mało ludzi, brak bitwy pod sceną, zejście ze sceny Valkenrag. Faktem jednak jest, że koncert był genialnie nagłośniony. Osobiście mam nadzieję, że panowie tę trasę odnowią, a przynajmniej wyruszą w kolejną. Genialnie wystąpiło North, dla mnie koncert wieczoru. Pozamiatało Quo Vadis, dało po garach Mortis Dei. Ogromna szkoda Valkenrag. Trzymam za nich kciuki następnym razem!

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *