13 listopada 2018 roku ukazał się 13 album legendarnej, rosyjskiej grupy AriaПРОКЛЯТЬЕ МОРЕЙ (Przekleństwo Mórz). To 3 studyjna płyta, na której możemy usłyszeć głos Michaiła Żytniakowa, który mikrofon w zespole przejął z końcem 2011 roku. Album jest rekordowy jeśli chodzi o długość – trwa ponad 75 minut i zawiera aż 11 kompozycji. Jego produkcją zajął się sam Roy Z (ten sam, który wyprodukował albumy Bruce’a Dickinsona, Judas Priest oraz solowe albumy Halforda).

Otwierając płytę otrzymujemy wydanie w digipacku z okładką i wkładką w różnych odcieniach szarości. Wydanie jest bardzo ładne i estetyczne, a wkładka zawiera teksty. Piszę o tym, gdyż nie jest to takie oczywiste w przypadku wydań rosyjskich, które wydawane są albo jako wydania tzw. „moskiewskie” — z tekstami i pięknymi, grubymi książeczkami, i w wersji dla pozostałych regionów Rosji, gdzie wkładka to najczęściej tylko dwie złożone strony papieru jakościowo zbliżonego do toaletowego. Na szczęście teraz wydanie jest tylko jedno i jest ono wizualnie bardzo przyjemne dla oka.

Pierwszy utwór na płycie to „Гонка за славой” („Pogoń Za Sławą”) — typowy szybki numer na otwarcie, który pewnie będzie otwierał koncerty Arii promujące nowy album. Bardzo fajny numer z szybkimi, rytmicznymi riffami, dobrze się go słucha. Drugi numer, „Варяг” („Wariag”), opowiada historię krążownika Wariag, który próbował przedrzeć się przez przeważające siły japońskie podczas bitwy morskiej w porcie Czemulpo. Pomimo heroicznego boju i dużych strat załogi okręt nie poddał się, tylko został w końcu samozatopiony. Miałem mieszane uczucia słuchając tego utworu, gdyż pierwsze kilka przesłuchań mnie od niego odrzucało, natomiast teraz uważam, że to dobry numer, który potrafi się obronić (niczym tytułowy Wariag).

Kolejny utwór to kompozycja Sergeja Popowa, „Эра Люцифера” („Czas Lucyfera”). Początek utworu to jeden z dwóch momentów na płycie, który mnie osobiście przyprawia o ból zębów, gdyż wstęp do niego jest całkowicie zbędny. A następujący po intro riff kojarzy mi się nieodparcie z riffem Iron Maiden z numeru „Hooks In You”. Natomiast środek kompozycji to piękne harmonie, tak bardzo charakterystyczne dla złotego okresu Arii z lat 1987–1995. Ten utwór po prostu powinien trwać nie więcej niż 3 minuty i zaczynać się mniej więcej w połowie. Wtedy byłby majstersztykiem. Kolejna kompozycja to „Трудно быть богом” („Trudno Być Bogiem”) i niestety dla mnie jest to najsłabsza kompozycja na płycie. Nudna, niby podniosła, ale tak naprawdę ten patos jest lukrowany i nic się w tym utworze ciekawego nie dzieje. Na szczęście potem już jest znacznie lepiej.

„Пусть будет так” („Niech Będzie Tak”) to w zasadzie utwór aspirujący do miana jedynej ballady na albumie. Ale nie jest to pościelówa w stylu Scorpions, tylko ballada z zadziorem i przesterowanymi gitarami. I pewnie osiągnie status hitu podobnie jak większość poprzednich ballad Arii. Utwór nr 6 „Всё начинается там, где кончается ночь” („Wszystko Zaczyna Się Tam, Gdzie Kończy Się Noc”) jako jedyny całokształtem kompozycyjnym przypominaja styl Iron Maiden — z galopującym basem i szybką perkusją. Za to kolejny numer, „Живой” („Żywy”), to dla mnie absolutny majstersztyk i moim zdaniem to (oprócz kompozycji tytułowej) najlepszy utwór na płycie. Zaczyna się spokojnie, ale potem przechodzi w ciężki riff, który dudni pod czaszką i zostaje w głowie. Wierzę, że ten utwór będzie żelaznym punktem setlisty nowej trasy i na żywo zabrzmi jeszcze potężniej . W końcu tytuł „Żywy” do czegoś zobowiązuje.

Kawałek „Убить дракона” („Zabić Smoka”) już nie przemawia do mnie tak bardzo. Brzmi jak słabsze kompozycje na płycie Chimera (ostatniej, wydanej z Kipelovem), czym mnie nie przekonuje. Kawałek „Дым без огня” („Dym Bez Ognia”) to z kolei bardzo fajna, wolna kompozycja, ukazująca jak dobrym wokalistą jest Żytniakov. Myślę, że też znajdzie się na koncertowej setliście. I w końcu czas, na drugi ból zębów przy pisaniu recenzji, a jest nią refren do przedostatniej kompozycji „От заката до рассвета” („Od Zmierzchu Do Świtu”). Fajny riff początkowy i fajna zwrotka zostały zepsute tragicznym wręcz refrenem. I nie jest to tylko moje zdanie.

Na koniec kompozycja tytułowa „Проклятье морей (Przekleństwo Mórz)”, który jest najdłuższą kompozycja w historii Arii – trwa ponad 12 minut. Ale o ile mógłbym się przyczepić tego, że album generalnie jest za długi i jest w nim zbyt wiele powtórzeń, to ostatni utwór jest absolutnie genialny w każdej nucie. Nawiązuje do epickich kompozycji Arii takich jak „Krew Za Krew” czy „Ballada o Starorosyjskim Woju.”

Album jest bardzo dobrze wyprodukowany i bardzo przyjemnie brzmi. Żytniakov może nie ma charyzmy Kipelova, ale jest bardzo sprawnym technicznie wokalistą, zdecydowanie lepszym niż Artur Berkut. Z każdym przesłuchaniem ten album u mnie zyskuje, wierzę że promująca go trasa koncertowa będzie udana i utwory grane na żywo się sprawdzą. Głównym zarzutem z mojej strony jest to, że jest on po prostu za długi. Ma trzy słabe momenty, utwór „Трудно быть богом”, który w zasadzie mógłby zostać odrzucony, refren utworu „От заката до рассвета” i pierwsza połowa „Эра Люцифера”, bo od drugiej jest absolutnie genialny.

Aria często była nazywana rosyjską odpowiedzią na Iron Maiden, ale takie porównania były uprawnione na przełomie lat 80. i 90. Po 1991 roku przestała być klonem legendy NWOBHM i zaczęła mieć bardzo charakterystyczny styl, który jestem w stanie rozpoznać po usłyszeniu pierwszych kilku taktów. Harmonie Chołstinina i Popowa są na absolutnie genialnym poziomie, podobnie jak sekcja rytmiczna Dubinina i Udałowa. Należy życzyć „Aryjcom” dużo zdrowia, bo są w tej chwili w wieku nie drugiej, a trzeciej już młodości.

Na koniec tej recenzji naszła mnie  refleksja — otóż minęło właśnie 16 lat od „Dnia Sądu”, kiedy to frontman Valery Kipelov po 17 latach opuścił Arię, by założyć grupę pod swoim nazwiskiem, zabierając ze sobą gitarzystę Siergieja Terentiewa oraz perkusistę Aleksandra Manyakina. I myślę, że dobrze się stało, bo te dwa byty są w stanie funkcjonować równolegle, tworząc niezależnie bardzo dobre płyty. Wspominam o tym, gdyż zbierając siły i myśli do napisania tej recenzji słuchałem jednocześnie koncertu Kipelov zagranego z okazji 60-lecia urodzin jej lidera i wokalisty. To sytuacja znana z wielu innych kapel (np. Accept i UDO, czy z polskiego podwórka – Turbo i CETI), kiedy odejście wokalisty nie przekreśliło ich kariery, a wręcz przeciwnie – wejście w buty ikony nowego, nieopierzonego frontmana dało pozytywny efekt.

Reasumując, słuchając nowej płyty Arii nie powinno się poprzestać na pierwszym przesłuchaniu. Im częściej jej słucham tym bardziej staję się od niej uzależniony — na tyle, że przekładam ją z auta do domu i z domu do auta. A to rzadko się u mnie zdarza.

Ocena: 7/10

Tekst i zdjęcia: Cezary „Cezi” Nowacki

Polska grupa fanów Arii na facebooku

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *