Kanadyjski gigant thrashu Annihilator zagrał ostatnio w naszym kraju po 5-letniej przerwie dwa koncerty: w Krakowie i w Warszawie. Miałem okazję wziąć udział w gigu 24 października w stołecznym klubie Proxima i w końcu ochłonąłem na tyle, by podzielić się swoimi wrażeniami.

annihilator1

Jako pierwsi zaczęli tego wieczora zagrzewać do walki thrasherzy z Australii – Harlott. Ów młody zespół gra oldschoolowy thrash w stylu wczesnego Exodusa i innych kapel z Bay Area, choć słyszę też u nich wpływy Destruction czy Kreatora. Sprawni technicznie i energiczni, nawet udało im się rozruszać stosunkowo jeszcze mało liczną publikę. Nie obyło się jednak bez pewnych zgrzytów z nagłośnieniem (gitary gubiły się w miksie, na szczęście później było już z tym nieco lepiej) i oświetleniem (reflektory świecące centralnie po oczach i błyskające z przyprawiającą o atak epilepsji częstotliwością…). Muzycznie Harlott ciężko coś zarzucić – mocny wokal Andy’ego Hudsona, solówki gitarowe jego i Ryana Butlera, dobra sekcja rytmiczna. Dla mnie są jednak trochę mało charakterystyczni. W pamięć po koncercie zapadł mi tylko jeden utwór („None”). Wiadomo, w tym gatunku wymyślono już chyba wszystko, ale moim zdaniem brzmią zbyt podobnie do całej masy innych kapel. Mimo wszystko kawał całkiem solidnego thrashu.

Po metalowcach z krainy kangurów miejsce na scenie punktualnie zajął kalifornijski Archer, trio poruszające się w stylistyce melodyjnego heavy metalu à la Skid Row. Bardziej na luzie niż poprzednicy, ale nie zabrakło też potężnego kopa. Po wstępie w postaci motywu z „Requiem dla snu” nieźle rozkręcili zabawę. Kontakt z publicznością na plus, ponadto świetna gitara prowadząca. Jako bonus kopiący zadek cover „Tornado of Souls” Megadeth, w którym frontman Dylan Rosenberg miał szansę się wykazać zarówno na wiośle, jak i strunach głosowych. No i fajnie w końcu usłyszeć „Tornado” na żywo z porządnym wokalem, hehe. Zebrani w klubie ludzie przyjęli ich występ bardzo ciepło. Ze swojej strony szczerze polecam.

Archer pożegnał się, zszedł ze sceny i nastąpiła przerwa techniczna. Zauważyłem, że na scenie pozostały oprócz zestawu perkusyjnego jedynie dwa niewielkie wzmacniacze gitarowe, plus jeden dla basu, na małych paczkach typu 2×12. Ściany Marszali w klubowych warunkach raczej się nie było co spodziewać (chyba że dla picu), ale jak się okazało nieco później, taki sprzęt z zupełnością wystarczał do uzyskania potężnego brzmienia.

Nadszedł w końcu wyczekiwany moment – dobiegło końca intro („Rock You Like a Hurricane” Scorpionsów), zapaliły się światła i na scenę wkroczyła gwiazda wieczoru.

annihilator2

Trzeba przyznać, że pomimo nie tak wielkiej w porównaniu do innych thrashowych kapel popularności, zespół Jeffa Watersa budzi pozytywne emocje. W klubie zebrał się spory tłum ludzi żądnych muzyki kanadyjskiego wirtuoza. Po odejściu Dave’a Paddena Waters przejął (po raz kolejny) obowiązki wokalisty. Na najnowszym, piętnastym już albumie pt. „Suicide Society” to właśnie Jeff stanął za mikrofonem. Trasa, w ramach której odbyły się polskie koncerty, promuje to wydawnictwo – dlatego z pewnym zaskoczeniem przyjąłem fakt, że w setliście znalazły się tylko 3 utwory z tej płyty. Zespół zagrał je zresztą niemal na samym początku, zaraz po otwierającym występ „King of the Kill”, jednym z faworytów publiki. W secie nie sposób również uświadczyć materiału z lat, gdy operatorem strun głosowych był Padden (z jednym wyjątkiem w postaci „No Way Out” z poprzedniej płyty). Czyżby Jeff chciał jak najszybciej odbębnić obowiązek, by przejść do starszych rzeczy? Nie żebym narzekał, ale po trochu liczyłem np. na mocniejszy „My Revenge”, być może zamiast trącącego nieco popem „Snap” czy dość przeciętnego tytułowego kawałka. Zabrakło mi też (i pewnie nie tylko mi) klasyków takich jak „The Fun Palace”, „I Am in Command” czy „Wicked Mystic” – no cóż, nie można mieć wszystkiego, set i bez nich był wypełniony po brzegi świetnymi utworami. Znalazło się w nim nawet miejsce na kilka mniej poważnych kawałków, w tym bonusowy track z „Carnival Diablos”: „Chicken and Corn”, którego historią Jeff podzielił się z publiką.

Wykonaniom praktycznie nie można niczego zarzucić, nawet mimo deklarowanego przez Watersa przeziębienia wokal dawał radę. Gitara oczywiście bezbłędna, Jeff Waters to w końcu shredder, który nawet skomplikowane technicznie zagrywki wykonuje na żywo z ogromną łatwością, świetnie się przy tym bawiąc. Niemal bez przerwy wchodził w kontakt z zebranymi w klubie fanami, czy to wychodząc podczas solówek pod same barierki, czy to rzucając żartami i ciekawostkami między kawałkami. Towarzyszący mu muzycy również stali na wysokim poziomie. Grający z  Annihilatorem już od kilku lat perkusista Mike Harshaw pokazał swoje umiejętności nie tylko w wymagających utworach, lecz także podczas intensywnej solówki na bębnach, zaś nowi w szeregach zespołu gitarzysta Aaron Homma oraz basista Rich Hinks zaprezentowali się od bardzo dobrej strony. Ten ostatni to jedyny w kanadyjskim składzie brytyjski rodzynek, czego nie omieszkał wytknąć Jeff, mówiąc, że muszą być dla niego mili, bo z jakiegoś powodu na kanadyjskich banknotach znajduje się podobizna królowej angielskiej.

annihilator3

Publiczność angażowała się w występ żywiołowo. Skandowała, aktywnie włączała się w śpiewanie refrenów (zwłaszcza w bardziej wymagających dla obolałego gardła Watersa momentach na miarę „Alison Hell”), bawiła w mosh picie – słowem: było fajnie. Podobnie jak obydwa supporty, Jeff strasznie słodził naszym rodakom („koncerty w Polsce są najlepsze” itp.), choć w tym wypadku chyba nie było w tym dużo przesady. Nosił się podobno z zamiarem odwołania występów z powodu choroby, ale nie chciał, by ominęło go granie dla polskich fanów – za co oczywiście jesteśmy ogromnie wdzięczni. Podczas koncertu musiało obowiązkowo pojawić się skandowane „Napierdalać!”, które jak zawsze w przypadku zagranicznych artystów spotkało się z dość zabawną barierą językową. „Co tam krzyczycie? «No McDonald’s»? Sugerujecie, że jestem gruby? A może chodzi wam o «Don’t eat doughnuts [nie jedz pączków]»?” – żartował Waters. Widocznie jednak przekaz dotarł i życzeniu fanów stało się zadość, bo mocnych utworów nie brakowało, zaś koncert zakończył się bisem w postaci szybkiego „Human Instecticide”.

Wieczór oceniam na bardzo duży plus, bo nawet pomimo drobnych niedogodności związanych z akustyką czy oświetleniem po prostu nie dało się tam źle bawić. Ta muzyka nadal rozkłada na łopatki. Występy Jeffa Watersa i spółki to świetna okazja, by się zabawić w rytm metalu, któremu nie brak zarówno ciężaru, jak i melodii. Ich styl jest po prostu nie do podrobienia. Chłopaki z Annihilatora trzymają na żywo piekielnie wysoki poziom, a Harlott i Archer też potrafią solidnie przyłoić. Jeśli będziecie mieli jeszcze okazję wybrać się na koncert któregoś  z tych zespołów, to gorąco polecam. A jeśli jeszcze ich nie znacie, to co tu jeszcze robicie? Dalej, nadrabiać zaległości!

annihilator4

Setlista:

  1. King of the Kill
  2. Snap
  3. Suicide Society
  4. Creepin’ Again
  5. No Way Out
  6. Set the World on Fire
  7. W.T.Y.D.
  8. Never, Neverland
  9. Tricks and Traps
  10. Bliss / Second to None
  11. Maximum Satan intro / Refresh the Demon
  12. Drum solo (Mike Harshaw)
  13. Ultraparanoia
  14. Brain Dance
  15. Phantasmagoria
  16. Chicken and Corn / Kraf Dinner / 21
  17. Alison Hell
  18. (bis) Human Insecticide

Dla Heavy Rock relacjonował: Piro

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *