Nigdy nie byłem fanem punk rocka. Nie postrzegałem go za „swoją” muzykę i chyba już nigdy nie będę postrzegał. Pomimo tego mam słabość do legendarnego Misfits, szczególnie dwóch płyt tejże grupy: „American Psycho” oraz „Famous Monsters”. Maniacy Glenna Danziga (którego swoją drogą uwielbiam w solowym repertuarze) mogą mnie za to zabić, ale nic nie poradzę na to, że to Michale Graves był dla mnie najlepszym wokalistą tego zespołu i to jego czasy uznaję za złotą erę Misfits. Tym bardziej smuciło mnie pomijanie Europy i Polski podczas jego kolejnych trasach koncertowych i szczerze mówiąc nie sądziłem, że uda mi się kiedykolwiek zobaczyć go na żywo. Dlatego też informacja o aż trzech (!) koncertach tego pana w naszym kraju była dla mnie czymś wybornym, tym bardziej, że moja podróż do krakowskiego Zet Pe Te opiera się na przejechaniu paru przystanków tramwajem. Tak, w obliczu tego wszystkiego to zdecydowanie był dla mnie jeden z newsów ubiegłego już roku.

Do klubu zaczęto wpuszczać punktualnie o 18:00, niestety kolejne czterdzieści pięć minut zeszło mi na czekaniu przed salą, na której miały miejsce próby dźwięku zespołów, których nazwy widniały na plakatach. Na szczęście po upływie tego czasu i zainstalowaniu się na barierce, nie musiałem długo się nudzić, gdyż o 19:00 na scenie zameldował się polski zespół, Lazy Jack And The Spinning Jenny.

Co mogę napisać o tym występie? Niestety nie za wiele. Kapela ma aż trzech gitarzystów (w tym jeden z nich obsługuje też klawisze), a to powoduje oczywiście ogromne problemy z nagłośnieniem, nawet w przypadku profesjonalnych załóg (vide Iron Maiden), przez co dźwięk był po prostu beznadziejny. Jeden wielki hałas, w którym trudno było cokolwiek wyłapać nawet w zatyczkach do uszu, bez których ciężko byłoby mi tam wytrzymać. Polacy zagrali coś, co prawdopodobnie można nazwać mieszanką rock ‘n’ rolla i punka, niestety nie wzbudzili entuzjazmu wśród niezbyt licznej publiczności. Na scenie produkowali się jakieś trzydzieści minut, po czym ustąpili miejsca kolejnej załodze, czyli…

…The Crimson Ghosts. Ci wpasowali się w nastrój nawet nazwą. Jako, że jestem laikiem punk rocka, nie za wiele mi ona mówiła, ale wśród publiki trafiło się całkiem sporo osób, które znały twórczość Niemców i śpiewały teksty ich piosenek. Muzycznie było dobrze, Duchy dały energiczny występ, podczas którego zaprezentowały przekrojowy zestaw kompozycji. W Zet Pe Te wybrzmiały zarówno nowe utwory z promowanej przez zespół płyty „Yet Not Human”, ale i starsze kawałki, jak „Unleashed”, „Sons Of The Zodiac” czy też zamykający set „Armagetron”, pod koniec którego kapela zagrała intro do „Creeping Death” jakiejś kapeli z USA. Ciekawostką były dwa numery zaśpiewane w ojczystym języku muzyków, nieczęsto mam okazję słuchać niemieckiego w akcji podczas koncertów. The Crimson Ghosts dali przyjemny koncert, który rozruszał publikę i wprowadził ją w nastrój adekwatny do reszty wieczoru.

O 21:00 klub był już pełen ludzi. W końcu według rozpiski była to godzina, w której na scenie pojawić się miał słynny wokalista wraz ze swoim zespołem. Tak też się stało, Michale Graves okazał się być punktualnym człowiekiem i kiedy przyszła pora na jego koncert, ex-frontman jednej z najbardziej rozpoznawalnych punkowych kapel przywitał się z fanami. Ubrany w spodnie z czarnej folii i kapelusz po przejściach, z tradycyjnym makijażem nawiązującym do czasów w Misfits, Graves zaczął koncert od numeru „Bedlam” z ostatniej solowej płyty, „When The Worlds Collide”. Publiki nie trzeba było do czegokolwiek zachęcać, od razu pokazała, że jest pełna uwielbienia dla wokalisty. Jestem zdania, że utwór otwierający występ musi być strzałem prosto między oczy, a Graves chyba podziela moje zdanie, bo „Bedlam” znakomicie sprawdził się w tej roli, to jeden z najlepszych kawałków, jakie nagrał po odejściu z załogi Jerry’ego Only. Oprócz niego z solowej dyskografii Grobowego Michała poleciało też między innymi „3 Days ‘Til Dawn” i „Earth Vs. Spider”, ale chyba nie dziwi fakt, że najbardziej czekało się na utwory Misfits. Tutaj było spore pole do popisu, bo przecież dwa krążki, które Graves z nimi nagrał są pełne hitów, tych z najwyższej półki. Na szczęście odegrano je z należytym szacunkiem (tutaj brawa dla instrumentalistów, którzy dwoili i troili się, by fani dostali jak najlepsze wykonania ulubionych numerów) i chyba nie było osoby, która byłaby zawiedziona repertuarem, z którym przyjechał do nas Michale Graves. Było „American Psycho”, od którego zaczęło się prawdziwe szaleństwo, było „Dust To Dust”, było „Shining”…W zasadzie mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale to bezsensowne, bo zespół atakował nas serią szlagierów, na które publika reagowała wielkim krzykiem. Na pewno dla wielu z tych ludzi te utwory znaczą bardzo dużo, bo część tekstów została po prostu chóralnie odśpiewana przez wielbicieli Misfits, co szczególnie słychać było w walczyku „Saturday Night”. Nie, żeby inne numery odbierała gorzej. Moje ukochane „The Forbidden Zone”, „Scarecrow Man”, „The Crimson Ghost” – wszystkie kawałki zagwarantowały nam przednią zabawę, ale wiadomo było, że to hity będą najważniejsze. Do teraz zastanawiam się, czy moim żebrom najbardziej zaszkodziła „Helena”, którą Graves zakończył podstawowy set, czy może któryś z utworów zagranych w ramach bisów. Swoją drogą to dopiero w tej części koncertu frontman odezwał się na dłużej. Wygłosił wtedy mowę na temat radzenia sobie w życiu, podziękowania dla fanów i zapowiedział następny numer, którym był „Descending Angel” – ależ to żarło…Nie mniej, niż dwa ostatnie kawałki: „Scream!” i „Dig Up Her Bones”, podczas których było chyba największe szaleństwo pod sceną, ale trudno się dziwić. Sam do niedawna nie myślałem, że kiedykolwiek uda mi się je usłyszeć na żywo, a tu proszę…Nie pozostawało mi nic innego, jak zdzierać gardło do utworów, od których zaczynałem przygodę z Misfits. Taką decyzję podjęła cała publika i finał koncertu był naprawdę głośny. Tym zdecydowanie energicznym akcentem zakończył się pierwszy występ Michale’a Gravesa w Krakowie.

Po koncercie zostałem chwilkę dłużej pod sceną, a tu zjawia się Loki, gitarzysta współpracujący z Michalem od kilkunastu lat. Pyta fanów jak się podobało i rozdaje fanty, szczęśliwie trafiła mi się kostka. Potem jeszcze trochę stania w kolejce, krótka rozmowa z Gravesem, pamiątkowe zdjęcie i do domu. Świetny sposób na spędzenie niedzielnego wieczoru.

Trochę się naczekałem, by zobaczyć Michale’a Gravesa na żywo, ale zdecydowanie się to opłacało. Był to niesamowicie żywiołowy gig, na którym de facto czułem się jak na występie Misfits z lat dziewięćdziesiątych – tak przynajmniej sobie wyobrażam ich koncerty. Graves musiał praktycznie nieustannie śpiewać przez ponad godzinę, ale nie sprawiało mu to żadnych trudności. Ba, zachowywał się niczym młody Phil Anselmo i czasami wydawało się, że scena to dla niego trampolina. Że też facet ma w sobie tyle energii…Godne podziwu. A mimo tego, że wieczór na pewno był dla niego męczący, znalazł czas dla fanów. Bardzo szanuję taką postawę, tacy artyści pamiętają o tym, dzięki komu mogą grać. Smutny kontrast do niej stanowi zachowanie różnych „gwiazd”, które mają na tyle wysokie mniemanie o sobie, że olewają ludzi wspierających je. Bywa i tak. Wiele z nich mogłoby uczyć się od Gravesa zarówno stosunku do fana, jak i grania koncertów. Po niedzielnym koncercie jestem zdania, że Michale jest mistrzem w każdej z tych kategorii.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *