Byłem na każdym koncercie Blaze’a Bayleya w Krakowie. Dla mnie obecność tego człowieka na scenie to gwarancja jakości i bardzo dobrego koncertu, niezależnie od prezentowanego przez niego repertuaru. Dlatego informacje o kolejnych trasach koncertowych Blaze’a, w których Miasto Królów nie było uwzględniane, przyjmowałem z zawodem. W końcu zirytowany kolejnym rokiem bez Bayleya w moich okolicach, postanowiłem wybrać się w małą podróż i dorwałem go w Skarżysku-Kamiennej, a zaledwie kilka miesięcy po koncercie dowiedziałem się, że Błażej w końcu powróci do Krakowa 24 listopada. Jednakże ten występ miał się różnić od wszystkich jego poprzednich, które do tej pory miałem okazję zobaczyć. Tym razem między innymi na potrzeby koncertów, były frontman Iron Maiden skumał się z Thomasem Zwijsenem, popularnym gitarzystą grającym na gitarze klasycznej, a wydarzenie miało mieć charakter unplugged. Dla mnie to świetna wiadomość, Zwijsena widziałem już dwa razy (co prawda bez wokalu, ale za to z genialnym Benem Woodsem na drugiej gitarze), miło wspominam jego koncerty, a od dawna miałem ochotę na występ Blaze’a w repertuarze granym „na pudłach”.

Pod klub Gwarek dotarłem sporo przed czasem i tu niespodzianka: nie przyszło mi długo czekać na przybycie kolejnych uczestników koncertu. Dlaczego niespodzianka? Cóż, Blaze jest niestety średnio popularny w naszym kraju i ostatnio w Skarżysku przyszło mi go oglądać przed publiką liczącą może sto osób. W 2015 roku w Krakowie nie było jakoś dużo lepiej, a to bardzo przykre. Tym razem jednak koncert się wyprzedał i w sumie zeszło chyba ponad dwieście biletów (liczba zasłyszana), co bardzo cieszy. Uważam, że człowiek z takim dorobkiem, jakim może się poszczycić Blaze, zasłguje na publikę, która wypełnić by mogła co najmniej największe polskie kluby.

O 20:00 wpuszczono nas do środka. Były to moje pierwsze odwiedziny w Gwarku, więc nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać. Okazał się dość przyjemny i nawet pojemny, wbrew temu, co myślałem wcześniej. Wraz z ekipą rozstawiliśmy się pod sceną, pod którą niestety nie było barierek. Na scenie leżała setlista, nie oparłem się pokusie i sprawdziłem. Przeżyłem małe smutne zaskoczenie, bo wykreślono z niej „Prayers Of Light”, „Afraid To Shoot Strangers” i „The Launch”, a na ten ostatni czekałem najbardziej. Cóż, to spora strata, ale muzycy cały dzień jechali do nas z Koszalina, więc rozumiem, że mogli być zmęczeni i to ich rozgrzesza. Pod sceną czekaliśmy aż do 21:00, o której na scenę wszedł Thomas Zwijsen.

Gitarzysta na wstępie przeprosił za kilkudziesięciominutowe opóźnienie spowodowane problemami z hotelem, w którym zakwaterowali się muzycy i bez zbędnych ceregieli przeszedł do pierwszego utworu wieczoru, klasycznego „Smoke On The Water”. Nie ukrywam, że bardzo podobają mi się jego aranżacje i ciekawie słucha się dość niecodziennych wykonań kawałków, które zna się na pamięć. Hit Deep Purple był jak się okazało jedyną kompozycją, którą Zwijsen wykonał solo. Po jego zakończeniu na scenę zaprosił swoją narzeczoną, skrzypaczkę Wiktorię Krawczyk, wraz z którą zagrał kolejne starocie. Na pierwszy ogień poleciało nieśmiertelne „Eye Of The Tiger”, później „Forever” autorstwa Kiss, w którym przyszła pani Zwijsen zaprezentowała swój talent wokalny i w końcu „The Final Countdown”, którego refren śpiewała chyba cała sala. Po tych trzech utworach muzycy zaczęli grać motyw przewodni z „Dobrego, złego i brzydkiego”, a przy dźwiękach kompozycji Morricone na scenę wszedł długo wyczekiwany Blaze Bayley.

 

„Właściwa” część koncertu zaczęła się wraz z pierwszymi nutami utworu „Virus”. Z początku myślałem, że to dziwny wybór na otwarcie występu, ale zaraz później zrozumiałem, że w tym szaleństwie jest metoda. Nieco zapomniana perełka Iron Maiden szybko się rozkręciła, a ludzie przyjęli ją z wielkim entuzjazmem, co udowodnili skandując charakterystyczny refren utworu. Sam słyszałem go już wcześniej cztery razy, ale za każdym mi się podobało, więc i w Gwarku nie miałem do niego żadnych zastrzeżeń. Trio postanowiło nie tracić czasu i od razu przeszło do chóralnego „Lord Of The Flies”, które wypadło znakomicie i zapisało się w mojej pamięci jako jeden z highlightów wieczoru. Blaze jak zwykle zachęcał publikę do śpiewania, a tej nie trzeba było powtarzać dwa razy, klub wypełnił się wieloma głosami śpiewającymi tekst „Władcy Much”. Człowiek tak słucha tego numeru i myśli „Jak to jest, że „The X Factor” spycha się na margines dyskografii Dziewicy?”. Mnie to pytanie dręczy od lat, a w znalezieniu odpowiedzi nie pomógł kolejny utwór, czyli „Judgement Of Heaven”. Ze względu na swój balladowy charakter, w nowej aranżacji wypadł bardzo przekonująco. Wiktoria Krawczyk naprawdę przyłożyła się do swojej roli i partie skrzypiec stanowiły miłe urozmaicenie utworów oraz interesujące zastępstwo dla drugiej gitary. Po trzech kawałkach Iron Maiden przeszliśmy do solowego dorobku Blaze’a, a konkretnie do kompozycji „What Will Come” z „Infinite Entanglement”. Utwór pierwotnie nagrano w takiej samej formule, w jakiej zaprezentowano go w Gwarku, więc przyjąłem go na spokojnie. Za to zaraz po nim poleciało „Futureal”, które napisano do wykonywania na koncertach, więc spokojnie już nie było.

Po tym numerze ze sceny zeszła Wiktoria Krawczyk, a duet Bayley & Zwijsen przeszedł do repertuaru z ostatniego wydawnictwa, „December Wind”. Pierwszym reprezentantem płyty okazał się być numer tytułowy, który jest na pewno miły w odbiorze, ale na krążku jest kilka lepszych utwór, które wolałbym usłyszeć od niego. No cóż, „you can’t always get what you want”, nie będę narzekał. Szczególnie, że jako kolejne zagrano „2 A.M.”, które od lat uwielbiam i którego do tej pory nie słyszałem na żywo, toteż był dla mnie jednym z najlepszych momentów koncertu. Po nim przyszedł czas na krótką przemowę na temat II wojny światowej i ludzi w niej walczących (z nawiązaniem do historii Polski) i utwór traktujący właśnie o niej, „The Crimson Tide”. I to ja rozumiem! Strzał w dziesiątkę, bo to naprawdę świetna kompozycja i ciekawi mnie, jak brzmiałaby w wersji elektrycznej. Może kiedyś Bayley i Zwijsen nagrają ją w takiej aranżacji, na pewno słuchanie jej byłoby ciekawym przeżyciem. A zaraz po „Karmazynowej Fali” nastąpił powrót do „Virtual XI” i „Lightning Strikes Twice”, w którym to publika pomagała Blaze’owi w śpiewaniu refrenu. Trzeba przyznać, że jest do pełna naładowany słowami i na pewno trudno go wykonać. Nie wiem, co wtedy pokusiło Maidenów do zrealizowania takiego pomysłu, chociaż sam utwór jest świetny i cieszy mnie, że w końcu mogłem go usłyszeć na żywo.

Przy drugiej płycie Ironów nagranej z Blazem zatrzymaliśmy się na nieco dłużej za sprawą ballady „Como Estais Amigos”, zagranej już przy akompaniamencie skrzypiec. Kapitalnie śpiewa się ten refren na koncercie. Dla równowagi jako kolejny poleciał ostry „Man Hunt”, który pochodzi jeszcze z czasów pierwszego zespołu Bayleya. Zastanawiało mnie, jak uda się go przełożyć na skrzypce i gitarę klasyczną, ale efekt okazał się być całkiem dobry. O „Doctor Doctor” już się nie martwiłem – byłem przekonany, że wypadnie dobrze i tak właśnie się stało. Przy klasyku UFO nawet trochę sobie poskakaliśmy, bo aż dziwnie byłoby bez tego. Na koniec został „The Clansman”, którego poprzedziła przemowa Bayleya na temat niezależności (Blaze od lat unika wytwórni płytowych) oraz podziękowania dla fanów, którzy go wspierają. O tym, że publika była zachwycona tym utworem, chyba nie muszę wspominać? Śpiew publiczności słychać było pewnie w pobliskich akademikach. Po wykonaniu tego sztandarowego numeru, trio zeszło ze sceny.

My oczywiście domagaliśmy się więcej i wywołaliśmy muzyków na jeszcze dwa utwory. Jako pierwsze, zagrane w składzie Blaze i Thomas, usłyszeliśmy nowe „The Love Of Your Life”. Na finałowe „Man On The Edge”, do Thomasa i Blaze’a dołączyła Wiktoria Krawczyk i tym właśnie kawałkiem trio pożegnało się z krakowską publiką.

Jaki jest mój ostateczny werdykt na temat tej imprezy? Oczywiście zaliczam ją do bardzo udanych i takich, które żal by było przegapić. Wszyscy muzycy na scenie robili wszystko, co tylko mogli, by zapewnić nam frajdę. Udało im się i myślę, że sami czerpali przyjemność z tego koncertu. Widać było, że autentycznie się bawią, co stanowiło miły akcent całości. Chyba właśnie o to chodzi w muzyce? Wbrew różnym napompowanym, budzącym w słuchaczu z dystansem do sztuki hasłom, muzyka ma być zabawą. Przyjemnością obu stron i łączącym je wspólnym mianownikiem, a to w Gwarku było bardzo łatwe do poczucia i zobaczenia. Ja zaś wiem, że tego samego doświadczę na kolejnym koncercie Blaze’a, na który się wybiorę, bo jak już wspomniałem – ten pan nigdy nie zawodzi.

 

 

2 Komentarze Akustycznie i elektryzująco – relacja z koncertu Blaze’a Bayleya i Thomasa Zwijsena w Krakowie

  1. Jakub

    Koncert w Krakowie był moim 10 gigiem Blaze’a, drugim po Kownie akustycznym. I powiem, że repertuar, jak i wykonanie zarówno kawałków Maiden, solowych i tych z najnowszego wydawnictwa bardzo mnie zaskoczył. Oczywiście pozytywnie, bo Blaze to klasa sama w sobie. Crimson Tide z zaznaczeniem polskiego poświęcenia w 2 wojnie, nieśmiertelny Clansman czy genialny What wilk Come z Infinite Entanglement to klasa sama w sobie. Do tego luźna atmosfera i radocha muzyków z akustycznego wykonania sprawiło, że te koncerty zapamiętam na długo, chociaż na Blaze’a jeżdżę od lat. Up The Blaze!

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *