W Polsce jak w lesie. W Finlandii trochę też. Zalesienie krajów skandynawskich to średnio około 85%, podobnie zielony jest tam rynek muzyczny. W Polsce natomiast dobrymi zespołami z jakiegoś powodu pali się w kominkach… Zastanawiałam się, jak założyć zespół melodic death metalowy. Z całą pewnością należy najpierw wybrać kategorię. Można zostać Wintersunem i na fali trendu slow life wydawać albumy raz na 10 lat. Kolejna kategoria to Children of Bodom, natomiast wtedy obowiązuje ścisły zakaz przyjeżdżania do Polski częściej niż raz na 5 lat. A jeżeli żadna z tych kategorii Cię nie satysfakcjonuje, możesz założyć Arch Enemy i kolekcjonować zbuntowane gimnazjalistki udając przy okazji, że jesteś poważnym zespołem. Na chwilę jednak odłóżmy żarty na bok.

W Polsce metalowy underground ledwo wiąże koniec z końcem, a jeżeli jakimś cudem komuś uda się osiągnąć sukces, dość szybko zmienia on lokalizację swojej artystycznej działalności. Aether przełamuje te schematy. Wydaje się, że jakimś cudem przeskoczył etap piwniczenia pełnego niskobudżetowych nagrań, a zamiast hurtowego eksportu EP-ek, opanował polską melodic death metalową niszę i bardzo szybko zadomowił się w kraju jako stały bywalec całkiem imponujących tras.

Muzyczne dzieciątka Jariego Mäenpy dość ochoczo powołują się na swoje inspiracje. I rzeczywiście, twórczości Aether nie jest daleko od Wintersun czy wczesnego Ensiferum, gdzie subtelne folkowe motywy mieszają się z ambientowym mrokiem. Jednak zamiast zrzutki na luksusowe studio w komplecie z sauną, Aether proponuje raczej zrzutkę na nowy album – logistycznie rzeczywiście przewyższa już swojego mistrza. Też jestem zdania, że afery natury nieruchomościowej nie sprzyjają wizerunkowi artysty, a jeżeli Time II ma się w ogóle pojawić, to pojawi się raczej w Łodzi niż w Helsinkach.

Trzy lata po wydaniu Tale of Fire do odtwarzaczy zarażonych już na dobre twórczością Aether słuchaczy trafia In Embers. Dziewięć utworów to w rzeczywistości epka uzupełniona o 5 nowych numerów, przy czym repertuar z Tale of Fire został tu nieco upłynniony i dopasowany do całości nagrania. Nie ma zatem efektu kopiuj wklej i chwała im za to.

In Embers to zdecydowanie nie jest typ krążka, którego powinno się słuchać wyrywkowo. Każdy z utworów ma w nim określone miejsce, dodatkowo ogromne brawa należą się za płynne przejścia między motywami. Album rozpoczyna niewinne i nastrojowe klawiszowe intro, które bardzo szybko przechodzi w podniosły riff uzupełniony subtelnymi dzwoneczkami rodem z fińskich lasów. Jednak to, co w Aether lubię najbardziej, to zwalające z nóg i niezwykle spójne melodie, które przewijają się przez wszystkie utwory. Przywołują na myśl nieduży i niewinny potok ze skandynawskiego lasu. O utworach lubię myśleć kolorami i obrazami. Na okładce The Forest Seasons (Wintersun) jest las, który pokolorowany na fioletoworóżowo jest mniej więcej tym, co widzę słuchając In Embers.

Największym zdziwieniem, ale jednocześnie największym zachwytem, było dla mnie Wildfire Within. Trochę przez moje powermetalowe zboczenie, a trochę przez bardzo subtelny, ale mimo wszystko taneczny vibe, który owy utwór posiada. Jeżeli miałabym do growlów kiedykolwiek tańczyć, zaczęłabym właśnie od tego numeru.

Zupełnie inny czynnik klimatotwórczy wprowadza do albumu Insomnia. Prawdopodobnie mój ulubiony numer z tego albumu, bo idealny dla depresyjnych dusz lubiących samotne leśne spacery. Udowadnia, że melodic deathmetalowy album nigdzie się nie musi spieszyć, jest jak zimny prysznic po galopującym szaleństwie serwowanym słuchaczom przez dziki jak dziki z lasu, idealny pod headbanging Forest. Jedyne czego mogłabym się tutaj przyczepić, to lekkie ujednolicenie wokalu. Słucham jednak raz po raz w różnych głośnościach i naprawdę nie mogę zdecydować się, jak powinnam to skomentować. Być może jest nieco za głośno, a być może w wyższych rejestrach stał się trochę zbyt krzykliwy.

Jak już wcześniej wspomniałam, wszystkie cztery utwory z odnoszącej duże sukcesy EP-ki zostały przeniesione niejako na wyższy poziom – są przede wszystkim upłynnione i dopasowane do nostalgicznego nastroju albumu. Nie przeszkadza więc, że epka przewija się raz po raz między nowymi utworami. Wręcz przeciwnie, daje słuchaczowi wrażenie, że jest u siebie, w miejscu bezpiecznym i znanym. Muzycznej płynności dodają tu jeszcze przepiękne żeńskie i męskie chórki, których obecność pozwala raz na jakiś czas odpocząć od miejscami bardzo intensywnej perkusji połączonej z dudniącym basem i na koniec jeszcze soczystym riffem. To właśnie dzięki obecności tych spokojnych fragmentów (także instrumentalnych) możemy docenić siłę, jaką ma w sobie In Embers.

Rozpuściłam się już przy opisie muzycznej wartości krążka, która sprawiła wczoraj, że godzina poświęcona na jego odsłuch stała się jedną z najlepszych godzin ostatniego tygodnia. Byłoby jednak ogromnym niedopowiedzeniem ominąć kwestię realizacji. Melodic deathmetalowa kultura wszechobecnego perfekcjonizmu daje się we znaki także na In Embers. Cała koncepcja ległaby w gruzach, gdyby nie genialna realizacja, która sprawia, że całość dodaje skrzydeł. Bardzo cieszy również fakt, że słychać bas – miła odmiana po wcześniejszym wysłuchaniu Dream autorstwa Black Forest.

Ze zdziwieniem przeglądałam listę gości specjalnych, którzy pojawili się w procesie tworzenia. Obecność twórców takich jak Rolf Pilve (Stratovarius, Wintersun), Vincenta Jacksona Jonesa (Aether Realm), Topiasa Kupiainena (Arion) oraz pochodzących z nieco bliższych rejonów Artura Rosy Rosińskiego (Lux Perpetua) oraz Anety Sikorskiej (to właśnie jej zawdzięczamy te prześliczne chórki!) świadczy o tym, że chłopaki nie tylko wiedzą jak grać, ale i jak rozwinąć zespół i zaistnieć na arenie międzynarodowej. Jak tak dalej pójdzie, stanie się to już wkrótce.

Recenzję skończę końcowym utworem, chyba jednym z bardziej wintersunowych na tym albumie. Patenty dość dobrze mi znane, ale wykorzystane w niesztampowy sposób mogłyby spokojnie uzupełniać kultowe dzieła wyżej wspomnianej grupy. Inspiracja może z łatwością przerodzić się w kopię, ale nie w tym przypadku. Młodzi melodic death metalowcy podążając szlakiem klasyków tworzą prześliczne dopełnienie tego, co już zostało stworzone, a kto wie, czy w przyszłości to ich riffami nie będą inspirować się kolejni. W Aether wyczuwam miłość do fińskich lasów i skandynawskich stanów ducha podobną do mojej i dzięki temu mogę w stu procentach utożsamić się z ich twórczością. Bardzo życzę chłopakom, aby In Embers było początkiem nowego, może nawet lepszego Time II.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *