Piętnasta płyta na XXX–lecie istnienia (pomijając Fishdicki, Varrana itp. itd.). Jak widać i słychać „Kwasożłopy” nie zamierzają zwalniać z trybem wydawniczym, regularnym niczym praca diesla w starym dobrym Mietku W 124. W aspekcie trwałości i wytrwałości twórczej, osobiście nadałbym im miano naszego, polskiego Motörhead i pewien jestem, że raczej nikt z fanów ekipy nieodżałowanego Iana Kilmistera za takie porównanie nie skuje mi ryja. Wielki szacun wzbudza, jeżeli już nie sama, pękająca w szwach dyskografia Acid Drinkers, to już na pewno ich niezmienna, od lat wprost rewelacyjna forma sceniczna. Wiadomo, tak długi okres istnienia nie mógł być wolny od drobnych potknięć w postaci płyt mniej nośnych, niemniej jednak, najnowszą, podstępnie zatytułowaną „Peep Show”, ku mojemu zaskoczeniu spokojnie mogę postawić na półce obok tych ulubionych. Wiem, z milion razy czytaliście takie frazesy przy okazji „25 Cents For A Riff”, czy „Verses Of Steel”, ale wierzcie mi lub nie, to w dużej mierze jest chyba w końcu ten Acids, na jaki czekali fani etapu ich kariery z lat 90–tych. No dobra, w pewnym sensie, hehe.

foto-materialy-prasowe

Generalnie ocenę „Peep Show” warunkuje to, jakim fanem Acids jesteś, drogi słuchaczu. O opinię diehards jestem spokojny, niczym Ojciec Dyrektor o odbiór jesiennej ramówki TV Trwam wśród słuchaczy toruńskiej rozgłośni tematycznej. Jeżeli jednak od 18 lat grymasisz, łkając, że zespół wyzionął ducha wraz z odejściem Roberta Friedricha, to wciąż możesz kręcić nosem, stwierdzając „kolejna płyta” i tyle. Osobiście stoję chyba pośrodku tych skrajności. Wiem, wiem, pośrodku to z reguły znajduje się końcowy odcinek przewodu pokarmowego, ale w przypadku opisywania „Peep Show”, przyjmuję tę niewdzięczną funkcję z radością. Wydalając więc dalej, stwierdzam, że zapowiedzi muzyków przed premierą są jak najbardziej zgodne z prawdą, a najnowsze dokonanie Drinkers można w dużym uproszczeniu określić jako sałatkę, w której sprawnie mieszają się takie tytuły jak „Are You a Rebel?”, „Infernal Connection”, czy w warstwie brzmieniowej „Verses Of Steel”. Od siebie dodałbym jeszcze elementy „High Proof Cosmic Milk” i ostatniej z serii „bezkrytycznie wielbionych przeze mnie” – „Acidofilii”. Ale po kolei, zacznijmy od okładki, która nie wiedzieć czemu, wielu osobom nie robi. Ja kleję ten temat, bo miałem to szczęście zaliczyć erę zajebistych komiksów „Tytus, Romek i A’Tomek” Papcia Chmiela, a to co widzę na okładce „Peep Show”, to wymaluj tematy z zeszytu „Tytus Plastykiem”, względnie Księgi XIII – „Na wyspach nonsensu”.

4065d204bca7a90ff705289707caaf5cd93b0893

Na tym jednak poczucie humoru, przynajmniej muzyczne, nieco opada. Od pierwszych riffów „Let’em Bleed” wiadomo, że nikt tutaj z nikim nie zamierza się pierdolić w tańcu. Potężne rwane riffy i sola gitarowe „made in Slayer” skutecznie miażdżą receptory słuchu. Może brak im „infernalnej” płynności, ale ciężar gatunkowy jak najbardziej jest zachowany.  To dla mnie jednak wciąż mało. Jako stary fan szukam tych zapowiadanych powrotów do klimatów z debiutu Kwaspożłopów, i już chwilę później dostaję to, co zamawiałem, dzięki chyba najbardziej wpadającemu w wyżarte Acidem ucho, a więc „Monkey Mosh”. Są w nim i elementy wspomnianego wyżej, czysto thrashowego napierdalania, ale i masa tych porąbanych, zwariowanych rozwiązań, z jakich słynęły trzy pierwsze albumy ekipy Titusa, z naciskiem położonym na zgrabne „barmyarmowanie”. No i tak w zasadzie mogłoby być już do końca i o więcej bym już nie prosił. Rzeczywiście w dalszej części trwania krążek sypie niczym z rękawa, a to radosną melodyką „Dirty Money Dirty Tricks” („Thy Will Be Done”), szczekaniem podcinających refrenów „Are You a Rebel? („The Cannibal”, „Heavenly Hellfucker”), by ostatecznie na do widzenia, może nie zaskoczyć, co urozmaicić całość „After The Vulture”, oczywistą kontynuacją tytułowego utworu z „Acidofilii”, zaopatrzoną w tekst siedmiogrodzkiego filozofa, eseisty i teoretyka nihilizmu – Emila Ciorana.

 

Czego żałuję? Mimo wszystko trochę tego, że cała „Peep Show” nie jest właśnie taka, jak wymienione odnośniki do własnej, sławetnej przeszłości. Jakkolwiek upominanie się o starą szkołę thrash metalu spod znaku tuzów gatunku może przynieść tylko chwałę, bo zrobione jest klasowo i bardzo dobrze, to jednak w pamięci wciąż mam to, na czym Acids zbudowali swoją legendę, a więc zajebistym poczuciu humoru i oryginalnym, zwariowanym, pełnym zapożyczeń z niekonwencjonalnego z punktu widzenia metalu grania. Od ładnych kliku lat ich muzyka jest raczej, że tak to nazwę, mniej wariacka, odjechana, za to bardziej uporządkowana i zdyscyplinowana. Brakuje mi tego nieokiełznanego szaleństwa i wolnomyślicielstwa dźwiękowego. W tych momentach, kiedy szajba bierze górę nad rzemieślniczym wyjadaniem, jest wprost rewelacyjnie. W pozostałej części, po prawdzie, i tak jest bardzo dobrze. Mimo tego małego bólu dupy kolesia, który zaczął ich słuchać jeszcze przed denominacją, wchłaniałem zawartość tej płyty z dużą przyjemnością. To chyba najbardziej spójny pod względem słuchalności krążek, jaki stworzyli od czasów wspomnianej „Acidofilii”, a więc od dobrych 14 lat. Szukasz pierdolnięcia? Nowy Acids jest dla ciebie. Wychowujesz dzieci, które zaraz będą mieć swoje dzieci i pamiętasz malczaka swojego starego, na którym ćwiczyłeś przed egzaminem na prawo jazdy prawie ćwierć wieku temu? Też się raczej nie zawiedziesz.

Megakruk

Ocena: 8/10

Data premiery: 23 września 2016 r.

Wydawca: Makumba Music

Lista utworów:

  1. Let’em Bleed
  2. Monkey Mosh
  3. Sociopath
  4. Become a Bitch
  5. Thy Will Be Done
  6. 50!? Don’t Slow Down
  7. The Cannibal
  8. God Is (Isn’t) Dead
  9. Diamond Throats
  10. Heavenly Hellfucker
  11. After The Vulture

Twórcy:

  • Tomasz „Titus” Pukacki – śpiew, gitara basowa
  • Darek „Popcorn” Popowicz – gitara rytmiczna, gitara prowadząca
  • Maciej „Ślimak” Starosta – perkusja, produkcja
  • Wojciech „Jankiel” Moryto – gitara rytmiczna, gitara prowadząca, wokal wspierający

 

 

 

1 Komentarz Acid Drinkers – „Peep Show”: Recenzja

  1. FatalPortrait

    ” jest chyba w końcu ten Acids, na jaki czekali fani etapu ich kariery z lat 90–tych” podpisuje sie pod tym stwierdzeniem jako mega fan Acida z Licą, po jego odjesciu nie nagrali nic co by mna na dluzej wstrzasnelo nie nagrali do teraz swietne granie z jajem wiem ze bede wracal do tego albumu jak do tych z Robertem.

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *