Lato obecnego roku okazało się być serią wielkich koncertów w Polsce. Pomimo tego, że do naszego kraju przyjechało wielu wykonawców o bardzo dużej popularności, wiadomo było, że krakowski i gdański koncert Rogera Watersa będzie jednym z najważniejszych wydarzeń muzycznych w 2018 roku. Co by nie mówić, były lider Pink Floyd to jednak legenda. Pomimo tego, że jego ostatni solowy album “Is This The Life We Really Want?” uznaję za przeciętny, byłem zdecydowany pojawić się w Tauron Arenie i doświadczyć jego muzyki na żywo. Właśnie tak, “doświadczyć”. Bo w przypadku Watersa nie ma mowy o zwykłym słuchaniu. Ów artysta stawia na spektakularne show, a na obecnej trasie “Us + Them” wspiął się na wyżyny w tej kategorii. Ale zacznijmy od początku.

Po 20:00 puszczone zostało swego rodzaju intro, którym był…Film wyświetlany na wielkim ekranie za sceną. Pościgów i wybuchów nie było. Obraz przedstawiał kobietę wpatrującą się w morze. W tle słychać było dźwięki natury. Już wtedy można było zwrócić uwagę na ciekawy zabieg akustyczny, który polegał na rozwieszeniu głośników praktycznie dookoła hali. Powodowało to wrażenie obecności na pokazywanej plaży. Spotkałem się z czymś takim po raz pierwszy i muszę przyznać, że zdecydowanie ubogacało to wrażenia słuchowe. Szkoda tylko, że film wyświetlano dwadzieścia minut, przez ten czas człowiek zdążył się już znudzić.

Po projekcji filmu zgasły światła, a na scenie pojawił się Roger Waters wraz ze swoim zespołem (w sumie było tam aż dziewięć osób). Koncert rozpoczął się od “Breathe” z nieśmiertelnego “The Dark Side Of The Moon”. Tak naprawdę pierwsze pięć utworów, jakie zagrano, było wzięte zgodnie z kolejnością z “Ciemnej Strony Księżyca”. Wyjątek stanowiła druga pozycja, czyli “One Of These Days” – najstarszy numer z setlisty, podchodzący z wydanej w 1971 roku płyty “Meddle”. Zastąpił nijakie albumowe “On The Run”. Dobrze, że tak się stało, bo trudno porównywać te kompozycje, zbyt duża różnica poziomów. Dobrze wpasował się w ogólny koncept i był niezłym wprowadzeniem do nieśmiertelnego i dość agresywnego (jak na Pink Floyd oczywiście) “Time”.

W tym miejscu należy pochwalić kobiecy wokalny duet, w skład którego wchodzi Jess Wolfe i Holly Laessig. Wokalistki śpiewały w wielu utworach prezentowanych podczas koncertu, ale na pierwszy plan szczególnie wysunęły się podczas “The Great Gig In The Sky”, w którym zastąpiły Clare Torry, odpowiedzialną za oryginalne ścieżki wokalne w tym utworze. Chociaż według mnie nie przebiły pierwowzoru, to na pewno bardzo głośne brawa publiki były jak najbardziej na miejscu. Z bodaj najsłynniejszego albumu Floydów, przenieśliśmy się do jego następcy, czyli “Wish You Were Here”. Waters potrafi układać bardzo dobre setlisty, co wczoraj udowodnił odegraniem fenomenalnego “Welcome To The Machine”. Był to jeden z mocniejszych punktów koncertu, bo kompozycja ta robi ogromne wrażenie już w wersji studyjnej, a co dopiero koncertowej.

Po tej części koncertu przyszedł czas na nowy materiał z ostatniego solowego krążka Watersa. Zagrał aż trzy nowe utwory pod rząd: “Deja Vu”, “The Last Refugee” i “Picture That”. Cóż, jak już napisałem, nie jestem entuzjastą “Is This The Life We Really Want?”. Na szczęście pierwszy z tych numerów jest całkiem niezły, a trzeci najlepszy z płyty. Na ”Picture That” bawiłem się równie dobrze, co na klasykach Floydów. To podczas tego utworu na wielkim telebimie po raz pierwszy pojawił się Donald Trump. Poglądy polityczne Rogera są powszechnie znane, więc nie dziwiłem się, że zdecydował się na taki ruch. W końcu w tekście utworu padają słowa “Picture a leader with no fucking brains”. To akurat pozostawię jeszcze bez komentarza, bo w dalszej części koncertu było zdecydowanie ostrzej.

Po odegraniu nowych kompozycji, Waters postanowił sięgnąć po absolutne hity starego zespołu. Pierwszym z nich było “Wish You Were Here”, które publika rozpoznała już po charakterystycznym, krótkim wstępie puszczonym z taśmy. Wystarczy prześledzić trójkowe “Topy wszechczasów”, by zobaczyć, że ten numer jest bardzo popularny w naszym kraju. Tak szczerze mówiąc, nigdy do końca tego nie zrozumiem. Dyskografię Pink Floyd znam bardzo dobrze i myślę, że mają wiele innych kompozycji, które są znacznie lepsze. Ale po reakcji publiczności widać było, że mogę być odosobniony w tym zdaniu.

Odgłos lecącego helikoptera, światło z reflektora na ułamek publiki na płycie i słowa “You! Yes, You! Stand still laddy!” – co będzie dalej, każdy wiedział. Charakterystyczna linia basu rozpoczęła krótkie “The Happiest Days Of Our Lives”, które poprzedzało jeden z najbardziej legendarnych kawałków w historii muzyki w ogóle: “Another Brick In The Wall, Part 2”. Na scenę wyszły dzieci w strojach więziennych z workami na głowach, które w pewnym momencie zdarły je z siebie i pokazały swoje koszulki z napisem ”RESIST”, co wywołało spore owacje wśród publiki. Utwór bardzo płynnie przeszedł w “Another Brick In The Wall, Part 3”, które kończyło pierwszy set. Brakowało mi w tej wiązance pierwszej części “Cegły”, jedynej nieodegranej podczas koncertu. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Po ostatniej części trylogii zapalono światła, a Waters przemówił do nas po raz pierwszy, zapowiadając krótką przerwę.

Podczas przerwy na ekranie wyświetlano swego rodzaju manifest wokalisty. Nawoływał w nim do sprzeciwu wobec tendencjom neofaszystowskim, a także do uwięzienia obecnej szefowej CIA (podobno zezwala na tortury w więzieniach). Ale to jeszcze nie był najbardziej polityczny moment wieczoru. Po około piętnastu minutach ponownie zgasły światła, a wzdłuż płyty areny zaczęto rozkładać…elektrownię Battersea z okładki “Animals”. Brmi nieco surrealistycznie, ale polegało to na tym, że nad większą częścią płyty rozstawione były duże ekrany, na których wyświetlono mury budynku. Nad ekranami wznosiły się też kominy wykonane z materiału. Na żywo robiło to ogromne wrażenie.

Skoro pojawiła się elektrownia, nadszedł czas na materiał z albumu “Animals”. Mnie to bardzo pasowało, bo uważam go za jedno ze szczytowych osiągnięć zespołu. Jako pierwsze poleciało “Dogs”. To istny kolos. Trwa siedemnaście minut, co uczyniło go najdłuższą kompozycją w setliście. To była istna muzyczna uczta, podczas której oglądaliśmy animacje wyświetlane na ekranach. Znalazło się miejsce na dość oczywiste ukazanie tytułowych psów, czy też ostrzeżenie przed dystopijną wizją świata. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Zgodnie z kolejnością utworów na płycie, po “Dogs” zagrano “Pigs (Three Different Ones)”. I zdecydowanie był to jeden z najlepszych utworów, jakie publika mogła wtedy usłyszeć. W dużej mierze to on sprawia, że za każdym razem wracam do ”Animals” z dużą przyjemnością. Jemu również towarzyszył szereg animacji, ale nie tylko. Na scenie pojawił się Waters w masce świni z transparentami głoszącymi hasła: ”Pigs rule the world” oraz ”Fuck the pigs!”. Widzowie byli również świadkami małego spektaklu odgrywanego przez muzyków, który ukazywał to, jak wielcy tego świata (świnie, o których mówi utwór) bawią się w najlepsze. Największą uwagę przykuł jednak inny element show: wielka, latająca świnia, która sterowana przez ekipę Rogera fruwała sobie nad głowami publiczności. Miała na sobie napisane po polsku bardzo wymowne zdanie “Pozostań człowiekiem”, a także jego anglojęzyczny odpowiednik z drugiej strony. Niby muzycznie taki zabieg nic nie wnosi, ale z całą pewnością widzowie zapamiętają go na długo. I to właśnie podczas ”Pigs” miejsce miało to, za co wiele osób w USA krytykuje Watersa. Na ekranach znowu pojawił się obecny prezydent Ameryki, ale w dużo innej odsłonie. Tym razem zrobiono z niego tytułową świnię, przedstawiono go jako dziecko, a także kogoś z kompleksami związanymi z przyrodzeniem. Ponadto Waters wyświetlił serię cytatów Trumpa, w których jawi się jako ktoś obrzydliwy i głupi. Ten wielki audiowizualny diss na polityka zakończył wielki napis po polsku, który głosił “Trump to świnia”.

Z “Animals” znowu przenieśliśmy się do “The Dark Side Of The Moon”. Po hali rozeszły się dźwięki przerzucania monet, czyli zapowiedź “Money”. Utwór wypadł oczywiście świetnie. Ciekawie słucha się takich utworów ze świadomością, że mają już prawie pięćdziesiąt lat, a jednak dalej są ludzie, którzy uważają je za interesujące. Ba, są w stanie płacić niemałe pieniądze, by usłyszeć je na żywo. Świadczy to chyba tylko o tym, że pewne zespoły i albumy są ponadczasowe.
Przy najsłynniejszym krążku Floydów zatrzymaliśmy się na nieco dłużej, bo zaraz po “Money” poleciało ”Us And Them”. Z uwagi na nazwę trasy dziwnie by było, gdyby ta kompozycja nie znalazła się w setliście. Inna sprawa, że dla mnie to czysty geniusz. Swoje pięć minut ma tu saksofon, który w dużej mierze “robi” ten numer. Muzyk, który na nim grał został oczywiście nagrodzony głośnymi owacjami.
Przyszedł czas na ostatni numer z nowej solowej płyty Rogera. Było nim singlowe “Smell The Roses”. Nie pałam miłością do tego utworu, przed premierą nie zwiastował niczego dobrego. Na koncercie również nie zachwycił, chociaż odegrano go jak zwykle bardzo dobrze. Niestety, ale słychać było, że nowe dokonania Watersa nie mogą się równać temu, co nagrywał dekady temu. Dobrze, że zdecydował się na tak oszczędną reprezentację “Is This The Life We Really Want?”, bo nie wymieniłbym żadnego ze staroci na korzyść któregoś z jego ostatnich utworów.

Kolejny raz wróciliśmy do złotych czasów Pink Floyd. Podstawowy set kończyło “Brain Damage/Eclipse” – mój faworyt z “Ciemnej Strony Księżyca” i jej swoiste podsumowanie. Wypadło fenomenalnie. Okazało się, że potrafi dobrze zamknąć nie tylko album studyjny, ale i koncert. Podczas tej kompozycji ze świateł utworzona została piramida, przez którą przechodziły kolory tęczy. Było to oczywiste nawiązanie do jednej z najbardziej znanych okładek płytowych w historii. Nad nami zaś unosiła się tym razem nie świnia, a wielka kula, znana z teledysku do “Welcome To The Machine”. Zespół skończył grać, a ludzie nagrodzili go wielkimi brawami.

Waters podziękował fanom i po raz pierwszy autentycznie przemówił. Opowiadał głównie o sprawach społecznych i politycznych, w tym o broni nuklearnej i o rozdzieleniu Kościoła od państwa. Nie trwało to długo, toteż nie wiem, dlaczego jakiś prostak krzyczał “Nie gadaj, tylko graj!”. Dla mnie lekka patologia i brak szacunku do muzyka, ale cóż zrobić. Bisy i tak były w planach.  Pierwszym z nich było “Mother” z “The Wall”. Nie powiem, ciekawie przearanżowano ten utwór. Partie, które oryginalnie śpiewał David Gilmour (wspomniany zresztą ze sceny przez byłego kolegę z zespołu), odtworzyły kobiety z chórku. Efekt był dobry, tym bardziej, że wspomniane partie należą do postaci żeńskiej. Nigdy nie przepadałem za tą kompozycją, ale słuchałem z zadowoleniem. Przy pytaniu “Mother, should I trust the government?” standardowo już na ekranie wyświetlono odpowiedź “No fucking way”. Dosadniej się chyba nie dało.

No i przyszedł czas na ostatni utwór zagrany tamtego wieczoru. Chyba każdy wiedział, że to musi być ta jedna kompozycja z opus magnum Watersa. Reakcja widowni na pierwsze dźwięki “Comfortably Numb” była oszałamiająca. Byłbym mocno zdziwiony, gdyby okazało się inaczej. To całościowo genialny utwór, jeden ze sztandarowych Floydów. I chociaż zdecydowanie, jak nigdzie indziej brakowało mi w nim głosu Gilmoura, to trudno było się nim nie zachwycać. Na telebimie pokazywano ostatnią animację. Tym razem ręce dwóch ludzi w końcu się połączyły, a ściana między nimi runęła podczas ostatniego sola. I to był już koniec tego koncertu.

Roger Waters dał w Tauron Arenie show, które niesamowicie trudno będzie przebić. Muzyka to jedno. Uważam, że setlista oraz forma wykonawcza była bardzo dobra i każdy fan Pink Floyd wyszedł z areny zadowolony. Inna sprawa to cała oprawa sceniczna. To był swego rodzaju spektakl. Wyreżyserowany od “A” do “B”, w którym nie ma miejsca na błędy. Rozmach tego wszystkiego był imponujący. Tydzień wcześniej w tym samym obiekcie odbył się koncert Iron Maiden, po którym ludzie wychodzili zachwyceni przedstawieniem, które dali Anglicy. Nie mam nic przeciwko niemu, ale swoim show, Waters wygrał wszystko. W tej kategorii chyba nie ma sobie równych.

Muszę poruszyć kwestię polityki obecnej na koncercie. Fakt, było jej dużo i mogła razić. Osobiście uważam, że Roger trochę przesadził z jechaniem po Trumpie, nie powinien tego robić na taką skalę. Niemniej jednak nie rozumiem części głosów oburzenia po koncercie. Poglądy byłego muzyka Floydów są doskonale znane od lat, wydarzenia polityczne na świecie komentuje często i mocno. Czy idąc na jego koncert można się było spodziewać takich środków wyrazu? Owszem, można było. Powiem więcej: trzeba było. Poglądy Watersa nie są żadną tajemnicą i choćby ostatnia trasa “The Wall” naznaczona była już polityką. Najwięcej i tak mają do gadania ci, których w Tauron Arenie wtedy zabrakło. To oni rzucają tekstami o długich monologach na temat polityki. Cóż, sugeruję jednak komentować wydarzenia, których było się świadkiem.  Jeśli kiedyś jeszcze Roger Waters zawita do naszego kraju, nie wahajcie się i idźcie go zobaczyć. Odejmując od tego wszystkiego polityczną propagandę, która miejscami faktycznie jest nieco żałosna, zostaje nam ponad dwie godziny muzyki. Spektaklu, na który składają się głównie niesamowite numery Pink Floyd. To chyba powinna być wystarczająca rekomendacja.

Zrelacjonował: Schizoid

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *