Znacie to uczucie, gdy spodziewacie się czegoś miłego, ale nie wiecie dokładnie kiedy to nastąpi? Dokładnie tak czułem się czekając na ogłoszenie europejskiej trasy Ghost. Wiedziałem, że przyjadą, wiedziałem, że nie ominą Polski, ale mimo to lekko się niecierpliwiłem. W końcu koncert został ogłoszony, kupiłem bilet i wyczekiwałem 21 kwietnia.

Pod Stodołę ruszyłem z ponad godzinnym zapasem. Myślałem sobie, że to aż nadto, by zająć dobre miejsce na barierkach, gdy dochodziłem po klub spodziewałem się garstki osób pod bramami… tymczasem kolejka liczyła na oko ponad 150 osób! Pewnie gdyby to był mój pierwszy, albo dziesiąty koncert to bym się przejął, ale mając trzycyfrową ilość na liczniku to było tylko wyzwanie. Na barierce rzecz jasna się zameldowałem, w przeciwieństwie do wielu ludzi, którzy przyszli wcześniej.

Niezbyt mnie cieszyło czekanie aż 2 godziny na support, ale jeszcze mniej ucieszyło mnie to co usłyszałem. Wiecie, to nie była zła muzyka… Zombie okazał się duetem perkusyjno-klawiszowym, nagrywający w zyskujących ostatnimi czasy na popularności klimatach synth. Perkusja była jednak niedorzecznie głośno, a sama muzyka zupełnie nie pasowała i zamiast rozgrzać, mnie uśpiła. W końcu jednak sobie poszli.

Światła gasną, muzyka z taśmy milknie (dodam, że jak to w Stodole dobór kawałków był fatalny i wykonany przez kogoś, kto nie ma pojęcia czego słucha metalowa publika) i zaczyna się… intro. Tym mniej zaznajomionym z twórczością Ghosta wyjaśniam: intra są dwa i na oko trwają jakieś dziesięć godzin. Są klimatyczne, tak. Są nastrojowe, zgadza się, ale są za długie i po prostu nużące. Gdy czerwoną mgiełkę zastąpiły niebieskie snopy światła, ujawniające zasiadających za perkusją i klawiszami Ghouli publiczność oszalała, a koncert się zaczął.

Square Hammer to fenomenalny otwieracz, a zarazem numer tak przebojowy, że chyba tylko najbardziej zatwardziałego kucofana Mayhem by nie porwał. Papa wyłonił się i… cóż, Tobias Forge chyba już się nie nauczy śpiewać na żywo, na szczęście nie przekracza on poziomu, który powoduje rozczarowanie, a mniej wprawne uszy pewnie się nawet nie zorientowały.

Nowe Ghoule zdają się być przed koncertem faszerowane amfetaminą. Po scenie biegali, skakali, szczodrze korzystali z licznych podwyższeń, regularnie się zmieniali miejscami, zresztą Papa też nie był przywiązany do środkowej części sceny i wędrował po niej co rusz wzbudzając ekscytację pobliskich osób.

Duch jest na fali wznoszącej i w żaden sposób nie wyhamowało tej fali zamieszanie związane ze składem zespołu. Koncert się wyprzedał, Stodoła pękała w szwach, a publika niezwykle entuzjastycznie reagowała na każdy gest Papy, każdy riff Ghouli, w przerwach na złapanie oddechu mogłem też dosłyszeć, że wcale nie jestem jedyną znającą teksty zwrotek osobą na sali. Gdy podczas From the Pinacle to the Pit Papa zaintonował rytmiczne „hej! Hej!” publiczność była nieporównywalnie głośniejsza niż na odbywającej się dzień później Metalmanii (ani przez chwilę podczas występów Sodom czy Coronera nie było aż tak zaangażowanej publiki).

W Secular Haze słychać było lekkie problemy Tobiasa, nie śpiewał tak czysto jak na płycie i górki sprawiały mu problem. Muzycy regularnie korzystali z zaciemniania sceny i stopniowego jej rozjaśniania. Gra świateł była fenomenalna, podczas Con Clavi Con Dio, scena skąpana była w krwistej czerwieni, Papa kroczył po scenie z kadzielnicą, a fani razem z Nim intonowali Satanas, we are one. Bardzo podoba mi się podejście Ghosta do tematu religii, znacznie świeższe niż nagrywanie po raz setny numerów o gnijącym Chrystusie (tak, patrzę na Infernal War).

#ghost #poland #warszawa #papaemeritus #666

A post shared by Jarek Nasilowski (@jareknasilowski) on

Per Aspera Ad Inferi… tak jak uwielbiam ten numer, tak ubolewam, że grany jest bez wybitnego, poprzedzającego go na płycie intra Infestissuman. All Your Dreams Will Come True… gdyby on tylko umiał zaśpiewać to tak nastrojowo jak na płycie… Na szczęście Ghoule nie dają po sobie poznać, że są w zespole od niedawna. Na scenie są bardzo pewni siebie, bawią się razem z publiką (na ile pozwala im na to strój. To zresztą zawsze ciekawa zagadka „czy on na mnie patrzy?”).

Scena pustoszeje, światła zapalają się, a Papa Emeritus III rozpoczyna pogadankę z publiką. Nie chcę referować jej dokładnie, niemniej podziękował on za liczne przybycie i zapowiedział następny utwór, oraz zaprezentował dwie Siostry Grzechu (oraz pouczył, by zakonnic nie obmacywać w żaden sposób). Przy akompaniamencie Body and Blood siostry rozdały fanom w pierwszym rzędzie hostię i wino, pod czujnym okiem Emeritusa. Devil Church to chwila na ochłonięcie zarówno dla zespołu, jak i fanów. Nastrojowo przygotowuje zebranych na jeden z najbardziej nastrojowych numerów – Cirice – a wokaliście daje czas, na zmianę stroju. Po Cirice podkręcamy tempo. Światła gasną, a tłum skanduje Belial, Behemoth, Belzebub, Asmodeus, Satanas, Lucifer. Jestem fanem Ghost, jestem fanem tego numeru, ale Tobias zmasakrował pierwszą zwrotkę. Na szczęście w refrenie wspomogła go cała sala i jego problemy zginęły w synchronicznym Hail Satan, Welcome Year Zeeeroooo. Ciekawostka: nowe Ghoule rozpoznawać już można tylko po instrumentach i partiach, które grają, bo z gitar zniknęły symbole, a kostki mają wspólne.

Prezent dla Papy od polskiego fana. Zgadnijcie, kto malował tę flagę ;) 

Z lektury tej relacji można sobie pomyśleć, że Forge na żywo to jakiś skrzekacz. Zreflektowałem się, bo miałem skrytykować też wykonanie He Is. Z jednej strony, nie potrafi odtworzyć tej przyjemnej, głębokiej barwy, którą oczarowuje na płytach. Pamiętajmy, że to nie legendy rocka, zasłużeni weterani sceny, ale młody zespół tworzony przez młodych ludzi, wobec czego nie ma żadnej taryfy ulgowej. Z trzeciej i ostatniej strony, to może być kwestia moich oczekiwań. Zakładam, a nawet jestem pewien, że większości fanów zupełnie to nie przeszkadzało i… dobrze. Na scenie skąpanej mrokiem rozpoczął się tymczasem dużo mroczniejszy (może poza refrenem) od poprzednika Absolution, po którym Tobias podziękował wszystkim za przybycie, popisał się imponującą znajomością polskiej geografii (wymieniając wszystkie największe miasta), a także spytał publiczność o polski odpowiednik słów „yes” i „no”, po czym by wypróbować nową wiedzę zachęcał do skandowania „nije” oraz „da”. Przyszedł czas na najcięższego reprezentanta „Meliory” (i chyba najcięższy numer w całym repertuarze zespołu) Mummy Dust. U-wiel-biam ten numer, liczę że zapowiedzi dotyczące mroku na kolejnym długograju Ghosta to zapowiedź klimatu Mummy Dust. Fanów obsypał deszcz konfetti i banknotów „666 Dollars” z wizerunkiem Emeritusa, świetna pamiątka dla fanów.

Za Ghuleh / Zombie Queen niespecjalnie przepadam (no dobrze, za początkiem, bo gdy numer się rozwija, to trudno nie dać się porwać). Burzą oklasków rozpoczął się Ritual. Bardzo żałuję, że nie trafiłem nigdy na koncert Ghost gdy dopiero zaczynali, obawiam się, że z upływem czasu w secie coraz rzadziej gościć będą numery z debiutanckiej płyty (którą to Ritual reprezentuje). Szkoda tym bardziej, że te kawałki śpiewa dobrze. Koncert zwieńczyła pogadanka na temat kobiecych orgazmów (dla słyszących ją pierwszy raz pewnie było to świetne, ja słyszałem ją czwarty raz), a potem w imię Szatana odśpiewany został ostatni kawałek tego wieczoru Monstrance Clock. Papa spaceruje po scenie, przesyła całusy. Numer ma wspaniały klimat i rzeczywiście wszyscy zaśpiewali Come Together, Together as One. Come Together For Lucifer Son… potem nadszedł niestety czas pożegnania.

Ghost jest na fali, a ta fala zamiast wytracać impet osiąga coraz to większe rozmiary. Tobias buduje wielki, przynajmniej marketingowo zespół. Na tej trasie wiele sporych obiektów się wyprzedało, latem Duch pojedzie w trasę z Iron Maiden, a perłą w koronie będzie rola headlinera na angielskim Bloodstocku, w jednym szeregu z Megadeth i Amon Amarth, a ponad takimi nazwami jak Kreator, czy Arch Enemy (przypominam, że mówimy tu o rozpoznawalności, nie jakości). Nawet pozew złożony przez byłych muzyków nie zatrzymał Ghosta. Kto wie, może w 2018 Duch odwiedzi Polskę, ale nie wystąpi na deskach klubowych, a w jakiejś hali sportowej? Wszystko na to wskazuje. I pamiętajcie: If You Have Ghost, You Have Everything.

2 Comments If You Have Ghost, You Have Everything – relacja z koncertu Ghost w Warszawie [21.04.2017]

  1. kecaj

    Powiem szczerze że nie rozumiem całego fenomenu tej kapeli. Owszem cała otoczka z Papa Emertusem i Ghulami świetna. Mają też kilka spoko kawałków ale bez szału jak dla mnie. Widziałem ich parę lat temu gdy supportowali Slayera i Ironów. W sumie bez żadnego uprzedzenia do zespołu bo do samej muzyki nic nie miałem i strasznie się rozczarowałem. Fakt nagłośnienie na stadionie było słabe ale samo szoł też nie powalała i ja się strasznie zanudziłem.

    Reply
  2. Rob

    Mój stryj chcąc opisać coś bardzo przeciętnego zwykł mawiać, że owo coś jest cienkie, jak dupa węża. Stryjek słuchał różnej muzyki, ale głównie hard/heavy z lat ’70 i ’80. Czasem pyta mnie: co tam nowego w ciężkiej muzie? Któregoś dnia pokazałem mu foty Ghost. Stryjo cmoknął z uznaniem, bo watykańskich sługusów nie lubi. Mówię mu: wujek, to jest gówniane! Wujo odparł: ściągnij, sam ocenię. Po 2 tygodniach widzimy się i pytam stryja o Ghost. Odparł krótko: to jest tak słabe, że jest cieńsze nawet od dupy węża! O gustach nie dyskutujemy – ale koło takiej muzycznej nędzy, jak Ghost trudno przejść obojętnie i nie próbować chociaż wyjazdu z glana… W sumie świetny pomysł na look zespołu – ale te dźwięki…

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *