W ciągu roku kilka jest takich koncertów, na które wyczekujemy z bijącym sercem, zapartym tchem oraz niepohamowanym entuzjazmem. Gdy dowiadujemy się dodatkowo, że kapela odegra najbardziej kultową, legendarną ze swoich płyt, entuzjazm nie zna granic. Bariery pękają. Emocje biorą górę. Pieniądze przestają mieć znaczenie. Usłyszeć „Ceremony of Opposites”, całą, na żywo, 21 lat od jej wydania, przeżyć mroczny rytuał pełen nihilizmu i zwątpienia, którymi rzuciła w nas kapela Furia, oraz poczuć nieograniczony gniew i chęć niszczenia przy dźwiękach thrash metalowej hordy z Bloodthirst. Dla takich wydarzeń warto żyć, a przecież to tylko ogólniki. To tylko preludium do symfonii mistycyzmu, nihilizmu i nienawiści, jakimi kapele miały rzucić w fanów. Zacznijmy więc naszą opowieść, o wszystkim tym co wydarzyć się miało na deskach warszawskiej „Progresji” 28 listopada 2015 roku.
www.youtube.com/watch?v=clCkmOy0exA
Jeśli kiedyś wpadniecie na pomysł wydania wszystkich oszczędności na jeden koncert, to zróbcie to. Nawet nie myślcie, po prostu zróbcie. Szczególnie gdy na scenie ma wystąpić gigant w postaci Samael. Jednak zacznijmy naszą podróż od początku. 28 listopada 2015 roku na deskach warszawskiej „Progresji” zagrały zespoły Bloodthirst, Furia i Samael. Kapele dobrane w idealnym kontraście między sobą. Idealnie się splatające. Gniew Bloodthirst, nihilizm Furii i mistycyzm oraz tajemniczość Samael. Koncert zaczął się dosłownie kilka minut po 19.00. Na scenie Bloodthirst. Demony były obecne na scenie. Lilith ze swymi pomiotami tańczyła między przybyłymi do klubu. Muzyka wzbudzała pierwotną dzikość. Ludzie gromadnie zaczęli zbierać się pod sceną. Bloodthirst miało jedno zadanie. Jedną misję. Wywiązali się z niej wspaniale – wzbudzić w fanach niepokój i przygotować na to co miało nadejść. Bardzo wiele o samym zespole mówił gatunek, który afiszowali na koncercie – Antichristian Thrash Metal. Panowie zagrali 6 utworów. Starczyło. Zdecydowanie starczyło, by pobudzić ludzi i wezwać diabła. Gdy z głośników poleciały dźwięki „Let Him Die”  albo „Desecrate The Lie” nikt już nie miał złudzeń – to będzie długi wieczór, a zapach siarki i dreszcz tajemnicy unosić się będzie w powietrzu.

bloodthirstGdy Bloodthirst zeszło ze sceny, nadszedł czas na absolutny kult polskiego black metalu – zespół Furia. Wszystko co zostanie powiedziane o ich koncercie będzie nietrafne. Każde zachowanie ludzi pod sceną, mogło być niewłaściwe. Każde uczucie wyrażone przy ich muzyce, mogło zostać splugawione. Tego koncertu nie da się opisać w prostych słowach. Bardzo wyraźnie pokazała to reakcja ludzi. Jedni krzyczeli. Inni, szczególnie kobiety próbowali tańczyć. Jeszcze inni założyli kaptury na głowę i przeżywali to w Sobie. Jeszcze inni starali się całą filozofię tekstów zespołu zignorować i potraktować Furię jako standardową kapelę metalową. Ta muzyka dając odpowiedzi na ludzkie wątpliwości, budziła jeszcze więcej pytań. Jedno jest jasne – oddziałali na publikę w pełni. Ludzi pod sceną zgromadziła się też cała masa. Każdy parł do barierek. Jest jednak coś co mi szczególnie utkwiło w pamięci. Wizerunek zespołu. Brzydota. Szczera. Nieskalana pięknem. Uwydatniona i podkreślona. Makijaż, półnagie ciała, plugawy krzyk prosto z gardła Nihila. To była istota tego koncertu. Wszechogarniająca odraza i chęć splunięcia na świat. I publika to czuła. Z każdym kolejnym utworem coraz bardziej. Gdy brzmiało „2nd Order”, „Ochydny jestem” czy „Są to koła”, wielu pod sceną było bliskich przeżycia muzycznej ekstazy. Inni byli na skraju szaleństwa. Na ten jeden moment zabrakło optymizmu. Był tylko surowy, nihilistyczny, pełen pogardy, szczery black metal.

furiaNadeszła godzina sądu. W powietrzu unosił się zapach niepewności i determinacji. Miał nadejść sam „Jad Boga”  – Samael. Na to czekali wszyscy. Tłumy szły pod scenę, tłumy wpadały w trans, każdy miał tylko jedno w głowie – tej nocy zabrzmi przełomowe „Ceremony of Opposites”. Tej nocy odprawiony zostanie rytuał. Nadszedł czas legendy prosto z  Szwajcarii. Była tajemnica. Nadszedł czas na odpowiedzi.

Jeśli ktoś miał wątpliwości, że warto czekać na ten koncert, to razem z pierwszymi dźwiękami „Black Trip” powinien je stracić. Nagłośnienie było świetne, czasem tylko drażnił po uszach werbel. Zaczął się czarny rytuał. Vorph był w świetnej formie wokalnej. Przez cały koncert nie zafałszował ani razu, nie popełniał też błędów instrumentalnych. Człowiek z takim stażem i talentem by tego nie zrobił. Za nim nadawał charakter i specyfikę całemu koncertowi Xytras, skacząc między zestawem perkusyjnym a instrumentami klawiszowymi. Potężne, basowe brzmienie wychodziło spod rąk i palców Dropa, dając całemu występowi moc. Wśród nich wszystkich szalał niestrudzony Makro, zapadając każdemu w pamięć, dzięki swojej dzikości i makijażowi. Kurtyna opadła, koncert zaczął się na dobre. Ludzie pod sceną szaleli. Skandowaniom, śpiewom, krzykom, walce nie było końca. Kapela zagrzewała. Huczały głośniki. „Celebration of the Fourth”,  „Son of Earth” i „Till We Meet Again” rozbudziły ludzi na dobre. Jak jeszcze weszło „Mask Of The Red Death”, bariery pękły. Nadchodziło jednak uderzenie mocarne ponad wszystkie inne.

Znacie ten moment gdy będąc na koncercie oczekujecie na jeden, konkretny utwór? To jest to głupie uczucie, gdy nie potraficie przyznać przed samym Sobą, ze wydaliście stówę i więcej na koncert, tylko po to jedno. Od początku koncertu ludzie skandowali co jakiś czas jeden tytuł. Tak, już wiecie jaki. Ten, który zrzucił samego diabła z tronu. „Baphomet’s Throne”. Słowa tego ani tamtego świata nie opiszą tego, co działo się pod scena w czasie tego utworu. Nic nie opisze niecierpliwości z jaką ludzie na niego wyczekiwali. Nie da się opisać mocy jaką kapela na scenie dała w tej utwór. Dla wielu pewnie w tym momencie koncert mógłby się skończyć. Osobiście współczuję takim ludziom. Refren śpiewali absolutnie wszyscy – „Show me the way to the Baphomet’s throne!!!”.

Dla mnie jednak najlepsze miało dopiero nadejść. Co ciekawe nadeszło od razu po „Tronie…”.  Mianowicie utwór „Fllagelation”. Najlepszy na „Ceremony of Opposites” (moim zdaniem rzecz jasna), na żywo brzmi jeszcze lepiej. Ile w tym jest potęgi, ile melodii. Gdy połączymy to wszystko ze światłami, ekspresją kapeli, i hektolitrami przelewającego się w „Progresji” piwa, otrzymamy bez gadania mieszankę wybuchową. Przy tym utworze naszła mnie myśl: ile mocy musi być jeszcze w tych ludziach, ile energii i chęci życia. Panowie nie są już młodzi, wiele robili i wiele robią. Potrafią jednak cały czas dawać z Siebie 100% na scenie, ba porazić wizerunkiem i wyrazistością. Oni się nie zestarzeli.

samaelGdy ucichło „Fllagelation” w ruch poszły „Crown” oraz „To Our Martyrs”, kolejne kwiatki na „Ceremony of Opposites”. Martwiło mnie to, że po „Tronie….” ludzie nie skandowali nazw kolejnych utworów. Cieszyło mnie to, że na sali robiło się jeszcze bardziej ciasno, bo wszyscy co stali z tyłu, albo pili piwo, poszli do przodu. Ludzie nie mieli dość. Kapela też, mimo mocno skapującego z czoła Vorpha makijażu. Razem z odegraniem tytułowego „Ceremony of Opposites” zakończył się jeden rozdział, księgi spisywanej na scenie „Progresji”. Nadszedł czas na rozdział drugi.
W dalszej części koncertu, kapela skupiła się na utworach z reszty płyt, aż do „Lux Mundi” z 2011 roku. Można by powiedzieć, że w ruch poszły hiciory: „Slavocracy”, „Truth Is Marching On”, „Lux Ferre” czy „Antigod” albo „Jupiterian Vibe”. No i „Reing of Light”. Tego nie mogło zabraknąć. Choć osobiście strasznie kląłem, że nie zagrali „On Earth” oraz „Exodus”. No, ale cóż. Nie można mieć wszystkiego. A szkoda. Ogromnym zaskoczeniem dla mnie było odegranie właśnie „The Truth Is Marching On”. Ten utwór w linii prostej nawiązuje do pierwszych dwóch płyt Samaela, gdy bardzo mocno podkreślali swój związek z Black Metalem. Nie mniej, trzeba powiedzieć jasno, że set był bardzo mocny. Z resztą, najlepszą opinię o nim wystawili właśnie fani, którzy w czasie trwania „Lux Ferre” prawie roznieśli „Progresję”. Jednak jak wiemy, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Razem z utworem „My Saviour” zakończył się koncert Samael. Księga została domknięta.

To był wspaniały wieczór. Tak dla fanów, jak dla kapel. Muzycy wypruwali z Siebie flaki, fani nie oszczędzali się ani na chwilę. Czuć było wszechobecne zło i żądzę poznania mrocznej tajemnicy świata. Chociaż nie można powiedzieć, bardzo pozytywnym i optymistycznym akcentem, był cały roześmiany Vorph. Jak ten facet potrafi się cieszyć to głowa mała. Z resztą, coś co bardzo mi się spodobało, dość płynnie mówił po polsku, choć oczywiście podejrzewam, że były to wyuczone na pamięć zwroty. Wierzę jednak w to, że się mylę. Słychać było czasem głosy w tłumie od niektórych „radykałów”, że stare utwory Samael za bardzo napakował elektroniką. Nie wiem co w tym złego, skoro brzmiały genialnie, no ale jak wiemy malkontentów w tym kraju nie brakuje. Koncert Furii to z kolei opowieść na oddzielny rozdział tak naprawdę, tę muzykę trzeba poczuć, i dać się jej pochłonąć. Innej drogi nie ma. Z kolei Bloodthirst to prawdziwi black/ thrash metalowi twardziele, oni się nie jebią w tańcu, krew to ich wino, grzech to ich modlitwa. 28 listopada 2015 roku „Progresja” warszawska otarła się o wrota zagłady. samael

2 Komentarze 28.11.2015 – Samael, Furia, Bloodthirst – Warszawa, klub „Progresja”: Relacja

  1. blt

    „Czuć było wszechobecne zło i żądzę poznania mrocznej tajemnicy świata”
    AAAAAAAAAAAAAAAAAAA (krzyk przerażenia) :D

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *